poniedziałek, 30 maja 2016

Zabawki a źródła pisane. Część 1.

Odkryte w trakcie wieloletnich badań wykopaliskowych w Elblągu artefakty związane z dziećmi – zabawki, akcesoria do różnego rodzaju gier były już tematem kilku postów naszym blogu. Nie był jak dotychczas poruszany temat identyfikacji majątkowej właścicieli parcel, na których zostały odkryte przedmioty identyfikowane jako zabawki. Do przeprowadzenia takiej identyfikacji niezbędne są odpowiednie opracowania, a ich zakres i szczegółowość są ograniczone zasobami archiwalnymi.
W przypadku Starego Miasta Elbląga z jednej strony dysponujemy odpowiednimi opracowaniami, m.in. wydaną w formie książkowej socjotopografią miasta w okresie średniowiecza, autorstwa Romana Czaji (R. Czaja, Socjotopografia miasta Elbląga w średniowieczu, Toruń 1992). W archiwum Muzeum Archeologiczno-Historycznego znajduje się również kartoteka działek staromiejskich opracowana na początku lat 80. XX wieku przez zespół historyków pod kierunkiem prof. Antoniego Czacharowskiego. Obejmuje ona okres od XV do XIX wieku i powstała na podstawie zachowanych źródeł archiwalnych. Ponadto jako materiał uzupełniający te dane archiwalne należy traktować spisy czyli inwentarze rzeczy po zmarłych mieszkańcach miasta opracowane dla XVII wieku przez Amdrzeja Klondera (A. Klonder, Wszystka spuścizna w Bogu spoczywającego. Majątek ruchomy zwykłych mieszkańców Elbląga i Gdańska w XVII wieku, Warszawa 2000). Z drugiej strony należy zdać sobie również sprawę z szeregu ich niedoskonałości i ograniczonej użyteczności zarówno źródeł archiwalnych, ale także archeologicznych.
Podstawowym problem jest niepełny stan wszystkich danych archiwalnych. Informacje majątkowe i katastralne właścicieli poszczególnych parcel miejskich są zachowane w ograniczonym zakresie. W przypadku Elbląga możliwe jest prześledzenie zmian własnościowych dopiero od około połowy XV wieku, wcześniejsze dane nie zachowały się. Również późniejsze są często pełne przysłowiowych „białych plam”, co w oczywisty sposób utrudnia pełne prześledzenie wszystkich właścicieli parcel i ich statusu majątkowego. Inny problem spotykany jest podczas analizy socjotopografii najzamożniejszej grupy mieszczan elbląskich, którzy byli właścicielami więcej niż jednej kamienicy. W ich przypadku nie zawsze możemy stwierdzić, w której z posiadanych kamienic mieszkali ci najzamożniejsi przedstawiciele mieszczaństwa elbląskiego.
            Również niezwykle cenne inwentarze pośmiertne nie są pozbawione braków, niezwykle dotkliwych dla badających poziom życia i zamożności dawnych mieszkańców miast, szczególnie, gdy tak jak w przypadku m.in. Elbląga, dysponujemy przedmiotami codziennego użytku odkrytymi w trakcie badań wykopaliskowych. Jak pisze Andrzej Klonder, w inwentarzach brakuje jednak nie tylko wiadomości o przedmiotach lub całych ich kategoriach, których posiadania należałoby się spodziewać. Liczne nie informują też w wartości odnotowanych ruchomości. Co ciekawe, przy pomijaniu całych grup przedmiotów często i z dużą dokładnością, niekiedy wręcz pieczołowitością odnotywane są w zachowanych spisach rzeczy stare, w kiepskim stanie, połamane, podarte, stłuczone.
Rzeczy dziecięce pojawiają się w spisach pośmiertnych bardzo rzadko. Wśród opracowanych przez Andrzeja Klondera spisów XVII-wiecznych mieszkańców Gdańska i Elbląga zaledwie co piąty informuje o rzeczach przeznaczonych specjalnie dla dzieci. Są to najczęściej jak w przypadku Holstenów, zamożnych kramarzy elbląskich, kołyska razem z przedmiotami wyplatanymi. Z kolei dębową (zapewne droższą) kołyskę miał w 1673 roku elbląski nożownik Jakob Friese. Wśród różnych rzeczy po elbląskim piekarzu Heinrichu Dröllu, ojcu trzech dziewczynek i dwóch chłopców, zapisano w 1681 roku, że wśród dwudziestu sztuk różnej pościeli były również trzy poduszki dla dzieci. Na tym tle zupełnie wyjątkowo wygląda spis pośmiertny po zmarłym w 1696 roku mieszkańcu Gdańska Jacobie Steffenie. Był on z zawodu tokarzem, a wśród 150 różnych, niezbyt wartościowych przedmiotów, odnotowano blisko setkę zabawek dla dziewcząt i chłopców. Były wśród nich m.in. 30 gotowych lalek i jeden stateczek oraz zabawki niewykończone: 28 lalek, 16 pikinierów, 12 koni, 8 dziecięcych powozików i 4 stateczki. Te ostatnie z uwagą, że powinny jeszcze trafić do malarza. Można z tego wnioskować, że ten ubogi tokarz (wynajmował on mieszkanie u szewca Nathana Rutha) specjalizował się w wytwarzaniu dziecięcych zabawek. Zabawki odnajdujemy jeszcze w spisach pośmiertnych elbląskiego bardzo zamożnego browarnika elbląskiego Hansa Nogge (małe sanki), kupca Johanna Remmersona (wózeczek z lalką).

W kolejnych postach postaram się przedstawić próby identyfikacji majątkowej na podstawie kilku kategorii przedmiotów określonych jako zabawki.

Źródło: Archiwum MAH

piątek, 6 maja 2016

Być jak Benvenuto Cellini - codzienność elbląskiego złotnika

Pomyślne zdanie egzaminu mistrzowskiego czyniło z czeladnika pełnoprawnego, samodzielnego mistrza. Jeśli posiadał odpowiednie fundusze, mógł otworzyć pracownię. Złotnictwo było niezwykle intratnym zawodem. W średniowieczu złotnicy należeli do najbogatszych rzemieślników w mieście*. Równie zamożni byli ich klienci: bogaci kupcy, rzemieślnicy, przedstawiciele władz miejskich i kościelnych. Liczba klientów, pożądających wyjątkowych i luksusowych przedmiotów, rosła wraz z rozwojem gospodarczym miasta.

Petrus Christus The Goldsmith 1449 rok, Metropolitan Museum of Art [źródło: metmuseum.org]



Przynależność do cechu wpływała bezpośrednio na życie członków tej organizacji. Mistrz był moralnie zobowiązany do zawarcia związku małżeńskiego. Mało tego - reputacja kobiety, którą wybrał na żonę, musiała być nieskalana. W przeciwnym wypadku groziło mistrzowi wykluczenie z cechu. Nienaganne zachowanie dotyczyło także jego uczniów i czeladników. Przepisy te figurowały we wszystkich statutach złotniczych w Polsce. Poza tym jedynie żonaty mistrz mógł przyjmować uczniów i czeladników. Przydzielali ich starsi cechu. W każdym warsztacie razem z mistrzem mogło pracować maksymalnie pięć osób, nie wliczając w to syna mistrza. 

Nowe obowiązki

Pod czujnym okiem mistrza, uczniowie i czeladnicy, uczyli się i pracowali na jego rachunek. Złotnikowi zaś przybywało obowiązków związanych z funkcjonowaniem cechu. Tuż po wyzwolinach młody mistrz zasilał szeregi tzw. braci młodszych. Do jego obowiązków należało pomaganie starszym mistrzom cechowym m.in. organizowanie zebrań, zapisywanie spóźnionych, opieka nad sprzętem cechowym i kaplicą złotników w Kościele Św. Mikołaja.

Pieczęć elbląskiego cechu złotników XVII, Muzeum im. J. Dunin - Borkowskiego w Krośniewicach
 [źródło: KWM nr 1, 1981]


Złotnik mógł awansować do grona starszych mistrzów. Do tego gremium zaliczano złotników, którzy piastowali już urząd starszego cechu. Stanowisko to było obsadzane na okres dwóch lat, a kandydata zatwierdzała Rada Miejska. Starszy cechu reprezentował interesy bractwa. Trzymał pieczę nad skrzynią cechową, zawierającą dokumenty, pieczęć i pieniądze cechu. W jego domu odbywały się zgromadzenia mistrzów. Na koniec kadencji musiał rozliczyć się ze swojej działalności finansowej i przekazać majątek cechu następcy.

Morgensprache

Władzę nad całą organizacją sprawowało zgromadzenie wszystkich mistrzów. Jeśli mistrz chciał zwołać cech musiał wpłacić 10 szylingów do cechowej kasy. O terminie zebrań zawiadamiano poprzez obesłania pośród nich pierścienia cechowego. Był to duży sygnet z brązu. Głowicę pierścienia najczęściej zdobiono sceną przedstawiającą świętego Eligiusza w pracowni złotniczej. Tak właśnie wygląda zachowana cecha krakowskich złotników. Niestety podczas badań archeologicznych nie natrafiono na podobny przedmiot należący do elbląskiego cechu.

Cecha złotników krakowskich 1614 rok, MHMK [źródło: http://www.lokacjakrakow.tron.pl]
Obecność na zebraniach była obowiązkowa. Statuty przewidywały kary za spóźnienia i opuszczanie obrad. W XV wieku karano grzywną wysokości 1 dobrego szylinga. Sto lat później przepisy te zaostrzono: mistrz miał 15 minut aby stawić się na zebraniu, spóźnienie kosztowało go 10 złotych, a nieobecność karano 1 funtem wosku.

Zgromadzenia odbywały się w godzinach porannych, zwykle przed południem, dlatego nazywano je Morgensprache (niem. poranna rozmowa). Podczas zebrań rozstrzygano wszelkie sprawy dotyczące cechu: uchwalano nowe prawa, rejestrowano uczniów i czeladników, przyjmowano nowych mistrzów, pobierano składki i ściągano długi. Tutaj rozstrzygano spory pomiędzy mistrzami, rozpatrywano skargi klientów i czeladników oraz sądzono członków cechu, którzy nie przestrzegali przepisów. O tym, że zgromadzenia nie zawsze przebiegały w atmosferze wzajemnego szacunku i zrozumienia świadczą przepisy porządkowe i kary przewidywane za zakłócanie obrad. Używanie obraźliwych słów wobec innych członków karano 2 funtami wosku. Sprzeciwienie się starszemu cechu - 4 funtami wosku. Taka sama kara groziła starszemu mistrzowi, jeśli odnosił się źle do złotnika.


Kontrola warsztatów

Duża wagę przywiązywano do jakości wykonywanego rzemiosła. Przepisy ściśle określały ilość czystego kruszcu w stopie z jakiego wykonywano przedmioty. Od 1594 roku złotnicy mieli też obowiązek stemplowania własną sygnaturą wszystkich wyrobów o wadze powyżej 1 skojca. Statuty zobowiązywały starszych cechu do częstych kontroli warsztatów i oceny ich wyrobów. Od 1647 roku wizytujący mistrz, na potwierdzenie prawidłowości próby przedmiotu, przybijał znak miasta obok sygnatury złotnika.

Kontrola warsztatów była niezbędna przy tak kosztownym surowcu, jakiego używali złotnicy. Konieczność stapiania złota i srebra w stop z domieszką mniej szlachetnych metali, dawała sposobność do oszustw i manipulacji. Zwykle uchybienia w rzemiośle karano od sztuki 4 funtami specjalnego wosku. Przy poważniejszych przewinieniach stosowano surowsze kary. Złotnicy przyłapani na wytwarzaniu przedmiotów o zaniżonej wartości kruszcu stawali przed cechowym sądem. Karę ustalało zgromadzenie, a jej wysokość zależała od skali przewinienia. Jeżeli sytuacja powtórzyła się, karę podwajano. Złotnik, przyłapany trzykrotnie na tym procederze, zmuszony był zamknąć sklep. Statuty przewidywały surowe kary dla złotników farbujących swoje wyroby, aby uzyskać kolor imitujący większą zawartość kruszcu. Mistrzowie, którym udowodniono stapianie białej miedzi ze srebrem, tracili prawo do wykonywania zawodu. Złotnicy nie mogli wykonywać niczego z miedzi i mosiądzu, pozłacać monet, mosiężnych pierścieni i łańcuchów. Kara grzywny groziła także za wykonanie pieczęci z dostarczonego woskowego odcisku. Jeśli złotnik wiedział, że pieczęć ta nie była własnością danej osoby, a mimo to ukryłby ją, miał być pozbawiony rzemiosła.

Życie towarzyskie

Obowiązki obejmowały także życie towarzyskie. Wspólnie celebrowano uroczystości kościelne, święta cechowe, śluby i pogrzeby. Uchylanie się od nabożeństw podlegało karze (w Gdańsku była to grzywna wysokości 1/2 funta wosku lub jego równowartość). Przymusowy był też udział w procesjach. Wymigiwanie się od tej powinności kosztowało mistrza 2 funty wosku. Cechowym uroczystościom, zebraniom czy świętom kościelnym towarzyszyły zwykle wspólne biesiady. Spotkania obfitowały w jedzenie i alkohol, z czasem stawały się coraz wystawniejsze. W 1702 roku na same trunki cech elbląski wydał 54 floreny. Koszty wyzwolin na czeladnika lub mistrza kandydaci pokrywali z własnych kieszeni. Przy innych okazjach bankiet fundowano z kasy cechu, notując wydatki w księgach rachunkowych. Świętem wszystkich złotników był 1 grudnia, dzień św. Eligiusza, ustawowo wolny od pracy. Praca tego dnia była zabroniona pod karą 2 funtów wosku.

Po śmierci mistrza warsztat zwykle przejmował jego syn. W przypadku braku spadkobiercy żona złotnika mogła zatrzymać i nadal prowadzić warsztat tylko przez rok i jeden dzień. W XVII wieku, po upływie tego czasu, pozwalano wdowie zdecydować o dalszej przynależności do cechu. Jeżeli wyraziła taką wolę, musiała przyrzec, że trzymać będzie jedynie uczciwych czeladników, nie będzie przyjmować nowych uczniów i co roku będzie zgłaszać się do cechu.

Saliera autorstwa Benvenuty Celliniego 1540-1543 Kunsthistorische Museum in Wien
[źródło: wikipedia.pl]
Być może żaden z elbląskich złotników nie zyskał sławy tej rangi co Benvenuto Cellini. Niewielu zresztą mogło mierzyć się z jego talentem. Trudno też o lepsze miejsce do rozwoju kariery niż Włochy epoki renesansu. Gdy Benvenuto tworzył swoje misterne dzieła, w Polsce wciąż dominował styl charakterystyczny dla późnego gotyku. Nie znaczy to, że w Elblągu brakowało zdolnych złotników.  Przeciwnie, miasto od średniowiecza było silnym ośrodkiem złotniczego rzemiosła, o czym świadczy wczesne założenie własnej organizacji (1385 rok). Na wysoki poziom wytwórczości wpływała także bardzo silna konkurencja ze strony gdańskich złotników, bliskość głównej siedziby Zakonu Krzyżackiego oraz coraz bogatsi (a zatem bardziej wymagający) mieszkańcy miasta.

Znacznym zleceniodawcą był Zakon Krzyżacki, najzdolniejsi otrzymywali zlecenia od samego Wielkiego Mistrza. W zachowanej księdze malborskiego skarbca z lat 1399-1409 wielokrotnie występuje złotnik elbląski imieniem Wilhelm tudzież Willam. Spod jego rąk wyszło wiele przedmiotów zamówionych przez Wielkiego Mistrza m.in. paciorki do jego osobistego różańca, Relikwiarz (mający przynieść Zakonowi szczęście pod Grunwaldem) oraz pozłacane naczynia do picia, podarowane później książętom litewskim - Witoldowi i Zygmuntowi.

W 2. połowie XV wieku dwóch elbląskich złotników, niejaki Mikołaj (nieznany z nazwiska) oraz Grzegorz Newhoff, zostało przyjętych do zaszczytnego grona krakowskich mistrzów, co także przemawia za ich wysokimi umiejętnościami.


Dzban komunijny, srebrno pozłacane, Elbląg 1682 rok  [źródło: archiwum MAH]
Nie znamy zbyt wielu elbląskich mistrzów z imienia i nazwiska. W XVI wieku byli to Bastian Heine (autor pucharu cechu kramarzy) oraz Balcer Ninneffenig (relief przedstawiający św. Marcina dzielącego się swym płaszczem z żebrakiem). Czołowym mistrzem z końca XVII wieku był Daniel Stahlenbrecher (puchar z pokrywą z figurą wojownika), natomiast w XVIII Jakub Zayum.


*w Toruniu dodatkowo zarabiali na obrocie nieruchomościami i lichwie (wg T. Jasiński Rozwój złotnictwa toruńskiego do końca XV w.  AUNC XI z. 74 1977);

Bibliografia:

K. Szczepkowska-Naliwajek Złotnictwo Gotyckie 
K. Wanta Elbląski cech złotników od drugiej połowy XIV wieku do początku XIX  w.
B. Niemcewicz-Ledwoń Złotnictwo i konwisarstwo elbląskie od XVII do XIX w.
L.J. Kościelak Trzy cechowe tłoki pieczętne z Elbląga 

wtorek, 29 marca 2016

Ocalić od zapomnienia - o elbląskich piecach kaflowych ciąg dalszy...

Na jesieni ubiegłego roku ogłosiliśmy muzealną akcję związaną z dokumentowaniem zabytkowych pieców, znajdujących się w elbląskich mieszkaniach i domach. Informacje udostępnialiśmy na naszej stronie internetowej, na Facebook'u oraz za pośrednictwem radia, telewizji i lokalnych gazet, mając nadzieję, że nasz "apel" dotrze do jak największej liczby odbiorców.

Cała akcja miała i nadal ma na celu, tak naprawdę, tylko jedno: ocalić od zapomnienia zabytkowe piece, a najlepszym sposobem, zaraz po kolekcjonowaniu, jest sporządzanie dokumentacji fotograficznej i opisów danych obiektów, czyli ich inwentaryzacja. Biorąc pod uwagę fakt, że poszukiwane przez nas piece znajdują się w swoim naturalnym otoczeniu, w żadnym wypadku nie zależy nam na tym, aby je stamtąd usuwać. Piec dawniej był sercem konkretnego pomieszczenia, często dopasowany kolorystyką i stylem, jednocześnie zdobił wnętrze i chronił mieszkańców przed zimnem. Taki właśnie kontekst chcielibyśmy utrwalić, fotografując piec tam, gdzie stoi. Z historycznego punktu widzenia, a być może też z powodów sentymentalnych, ważne jest dla nas, aby ukazać, jak zmieniały się przez tych kilkaset lat kształty i dekoracje pieców. Warto byłoby zatem zanotować, jakie formy pieców dotrwały do czasów nam współczesnych.

Będąc inicjatorką tej akcji, czuję się zobowiązana, aby zdać relację z jej przebiegu.
W ciągu kilku miesięcy na akcję odpowiedziało kilkanaście osób. Do tej pory otrzymuję maile i telefony od osób, do których na różne sposoby dociera nasz apel. Otrzymałam telefony bezpośrednio do Muzeum, ale również część kontaktów uzyskałam mniej formalnie, co w praktyce okazuje się znacznie lepszą metodą. Wiele zdjęć otrzymałam od Weroniki Wojnowskiej i Jagody Semków, które, organizując taką akcję we Fromborku, przy okazji zrobiły zdjęcia piecom w Elblągu i jednocześnie zainspirowały mnie do działań w moim mieście i okolicach. 
Dzięki pracownikom Zarządu Budynków Komunalnych udało mi się dotrzeć do mieszkania, w którym znajduje się jeden z piękniejszych i najstarszych pieców, najprawdopodobniej z wytwórni berlińskiej, które do tej pory udało mi się udokumentować. Dostałam również kilka maili z załączonymi zdjęciami, zazwyczaj są to zdjęcia prostych pieców, bez elementów dekoracyjnych, jednak uważam, że tego typu obiekty również warto sfotografować ze względu na kolorystykę kafli i pojawiające się od czasu do czasu wzory.

Mam świadomość, że elbląskie mieszkania kryją jeszcze wiele ciekawych pieców, jednak możliwość ich obejrzenia jest mocno ograniczona. Wydaje mi się, że głównym powodem jest obawa właścicieli, że działając z ramienia Muzeum, mogę taki piec odebrać ze względu na jego wartość historyczną. Absolutnie nie mam takiego zamiaru i podkreślam, że dla mnie bardzo ważne jest, aby piec pozostał tam, gdzie go postawiono. W przypadku, gdyby się okazało, że obiekt ma być rozebrany, a miałby rzeczywiście elementy warte zachowania, dopiero wtedy moglibyśmy zastanowić się i spróbować je ocalić. Dlatego też, poprzez tę akcję, chciałabym zwrócić uwagę mieszkańców na zabytkowe piece i zachęcić do wspólnego działania.

Moje działania nadal trwają, planuję w dalszym ciągu przypominać o piecach i ich szukać i będę bardzo wdzięczna za kolejne informacje lub zdjęcia pieców.

Poniżej prezentuję kilka zdjęć, które dotychczas otrzymałam lub udało mi się zrobić. Wszystkie piece, oprócz ostatniego, znajdują się w Elblągu, w mieszkaniach/domach m.in. przy ulicy: Fabrycznej, Traugutta, Grunwaldzkiej, Stoczniowej. Datuje się je na początek i lata międzywojenne ubiegłego stulecia.  Jak sami widzicie, jest szansa, że w Elblągu może być więcej takich obiektów.









Jeszcze raz dziękuję serdecznie wszystkim, którzy pomogli i nadal pomagają mi w poszukiwaniach. To dopiero początek i liczę na to, że otrzymam kolejne sygnały od osób, które posiadają piece kaflowe, bądź po prostu wiedzą, gdzie takie piece się znajdują.
Kontakt: j.fonferek@muzeum.elblag.pl, telefon: 55 232 72 73.












poniedziałek, 7 marca 2016

Wczesne fajanse niderlandzkie



O początkach fajansów (majoliki) na terenie Holandii możemy mówić krótko po 1500 roku, kiedy to na terenie dzisiejszej Belgii osiedlili się pierwsi mistrzowie rzemiosła garncarskiego pochodzący z terenów włoskich. Około 1512 roku w Antwerpii wymieniany jest w źródłach Guido Andries, który prawdopodobnie może być znanym z Włoch Guido da Savino z Casteldurante. Po jego śmierci około 1541 roku tradycje wytwarzania naczyń kontynuowali jego synowie. Jeden z nich, Joris Andries założył w 1564 roku warsztat garncarski w Middelburg położonym w północnej Holandii. Innym mistrzem garncarskim pochodzącym z Włoch był Pier Franz van Venedigen (jak wskazuje nazwisko pochodzący z Wenecji). Osiedlanie się włoskich mistrzów w Antwerpii było prawdopodobnie spowodowane dużym znaczeniem gospodarczym miasta, które ponadto w tym okresie należało do największych w Europie - według spisu z 1560 roku Antwerpia miała 90000 mieszkańców. Dla miasta bardzo niepomyślnym okresem była druga połowa XVI wieku, kiedy to toczyły się walki polityczno-religijne protestantów z północy przeciwko katolickiej Hiszpanii. Doprowadziły one ostatecznie do upadku Antwerpii w 1585 roku. Miasto znalazło się ono ponownie pod rządami króla hiszpańskiego Filipa II, a północne Niderlandy zamknęły rzekę Skaldę. Doprowadziło to do ekonomicznego upadku miasta, co pociągnęło za sobą opuszczenie miasta nie tylko przez protestantów ale także przez elitę intelektualną, handlarzy i rzemieślników miasto, ale także handlarze i elita intelektualna. Wśród opuszczających Antwerpię byli również bardzo liczni mistrzowie garncarscy, członkowie tamtejszej Gildii św. Łukasza. Liczba mieszkańców w mieście zmalała do 40000 w 1590 roku.

Na podstawie zachowanych szczęśliwie ksiąg Gildii św. Łukasza możliwe było prześledzenie jak jej członkowie z Antwerpii rozpoczęli na nowo działalność rzemieślniczą w ośrodkach północnych Niderlandów. Między innymi Adriaen Bogaert w 1572 otwiera swój warsztat w Haarlem, w tym samym mieście, ale nieco później, bo w 1598 rozpoczyna działalność Hans Barnaert Vierleger. Obaj wcześniej czynni zawodowo byli właśnie w Antwerpii. W 1586 roku osiedla się w Amsterdamie Christian van den Abeele, w tym samym roku ale w Dordrecht rozpoczyna działalność Jan Heijdricks. Nieco później, bo w 1611 roku osiedla w Delft Michiel Nouts pochodzący z Antwerpii.

Pierwsza połowa XVII wieku to również stopniowy rozwój rzemiosła garncarskiego w Delft, które jednak rozwijało się przede wszystkim (w dekoracji naczyń) pod wpływem porcelany dalekowschodniej. Od roku 1602 działała Zjednoczona Kompania Wschodnioindyjska, która wkrótce na dwa stulecia zdominowała holenderski handel morski. Jej statkami sprowadzano do Europy przyprawy korzenne, jedwab, bawełnę, szlachetne gatunki drewna, lakę i dalekowschodnią ceramikę, która początkowo służyła jako balast. Oprócz dokonywanych zakupów, często zdobywano towar w wyprawach korsarskich, w tym także wyroby porcelanowe przechwytywane na statkach portugalskich. Późniejsze wydarzenia, w tym tragiczny wybuch wybuch statku z prochem w porcie Delft, spowodowały, że miasto to stało się jednym z bardziej znanych ośrodków produkcji ceramicznej. Ale to trochę już inna opowieść...

Wczesny fajans niderlandzki (majolika holenderska)
północne Niderlandy, po 1550 - przed 1600 r.
Fot. Archiwum MAH


Również elbląski rynek importowanych wyrobów ceramicznych w XVII i XVIII wieku zdominowały wyroby z Niderlandów. Kontakty handlowe Elbląga z Niderlandami udokumentowane od średniowiecza zostały znacznie zintensyfikowane na przełomie XVI i XVII wieku. Były one utrzymywane przez około trzydzieści portów niderlandzkich, z Amsterdamem na czele, choć handel z Elblągiem miał dla nich znaczenie marginalne, głównymi portami były pobliski Gdańsk i równie nieodległy Królewiec oraz porty norweskie. Najstarsze okazy wyrobów niderlandzkich określane często jako „majolika holenderska” to naczynia nawiązujące jeszcze do wyrobów włoskich, malowane błękitem, niekiedy z wykorzystaniem żółtego barwnika. Ich chronologię należy określić w przedziale po 1550 do 1600 roku i pochodzą one z warsztatów północno niderlandzkich.

Wczesny fajans niderlandzki (majolika holenderska)
północne Niderlandy, po 1550 - przed 1600 r.
Fot. Archiwum MAH
Częściej, choć jeszcze nie na masową skalę, były przywożone do Elbląga wielobarwne wyroby, pochodzące prawdopodobnie z Rotterdamu i datowane na około 1600 rok. Są one najczęściej zdobione stylizowanymi kwietnymi rozetami lub malowanymi owocami granatu. Są również spotykane charakterystyczne dla tego ośrodka oraz dla innych ośrodków północno holenderskich talerze z motywem szachownicy, zarówno w wersji monochromatycznej (kobaltowej), jak i wielobarwnej (kobaltowy i ochrowy). Jako miejsce wytwarzania tak zdobionych naczyń najczęściej podaje się ogólnie północne Niderlandy, niekiedy Antwerpię i również Rotterdam.

Wczesny fajans niderlandzki,
Rotterdam (?), około 1600 r.
Fot. Archiwum MAH

Na prezentowanych zdjęciach pokazujemy jedynie część elbląskiej kolekcji wczesnych fajansów niderlandzkich (nazywanych też niekiedy majoliką niderlandzką), która jest obecnie największą w Polskich zbiorach muzealnych i może się poszczycić okazami rzadko spotykanymi również w zagranicznych placówkach muzealnych. Jest ona obecnie przedmiotem opracowania. O czasie opublikowania poinformujemy naszych Czytelników.


Przy pisaniu korzystano z:
H.-P. Fourest, Die Europäische Keramik. Porzellan-Steingut-Fayence, Freiburg 1983;
M. Piątkiewicz-Dereniowa, Fajanse z Delft w zbiorach Zamku Królewskiego na Wawelu, Kraków 1996;
B. Tietzel, Fayence I. Niedrlande, Frankreich, England, Köln 1980.

wtorek, 23 lutego 2016

Najstarsza elbląska ozdoba w kształcie serca

Cynowe serce jest jednym z bohaterów naszej najnowszej wystawy pt. Między nami nic nie było - miłość zmysłowa w czasach nowożytnych. Choć jest znacznie starsze niż ramy czasowe ekspozycji, znalazło na niej swe miejsce jako najstarszy, odnaleziony na terenie Starego Miasta, przedmiot związany z miłością.

Zapinka cynowa w kształcie serca, Elbląg Stare Miasto - ul. Garbary 13 [fot. archiwum MAH]

Miejsce odnalezienia tego pięknego zabytku jest mało romantyczne. Odnalezione zostało tradycyjnie w latrynie na parceli przy ul. Garbary 13 (wcześniej Linki 29), podczas badań prowadzonych w 1996 roku. Przedmiot został odlany w formie i pierwotnie pełnił funkcję zapinki (bolec nie zachował się do naszych czasów). Ma wysokość ok. 8 cm. Jego powierzchnia w całości pokryta jest misterną, roślinną dekoracją, naśladującą techniki filigranu i granulacji. 

Zapinka w kształcie serca [ekspozycja na wystawie - fot. U. Sieńkowska]

Zapinka datowana jest na XIV wiek. Podobne późnośredniowieczne ozdoby, służące do spinania szat, odnaleziono w innych miastach na terenie zachodniej Europy. Niektóre z nich wykonane są ze szlachetnych materiałów tj. złoto czy srebro, jak zdobiona emalią zapinka z kolekcji British Museum. Na jej odwrocie wyryto miłosną obietnicę  Je suy vostre sans de partier - jestem twój na zawsze. Większość  z nich pochodzi z XV wieku i żadna nie przypomina elbląskiego egzemplarza. 
Kamienną formę do odlewania sercowatych zapinek odnaleziono w Magdeburgu. Na terenie Polski zapinki w kształcie serca odkryto podczas badań archeologicznych w Szczecinie i Kołobrzegu. 
Szczególny kształt takich obiektów oraz charakter inskrypcji dowodzą, że odnajdywane przedmioty mogły być obiektami wymiany między kochankami. W średniowieczu zapinki były popularnym darem dla narzeczonych lub kochanków.

Zapinka z kolekcji British Museum 1400-1464 [źródło: britishmuseum.org]

Zapinka z kolekcji British Museum ok. 1400 Anglia/Francja [źródło: britishmuseum.org]
Już Arystoteles i Galen upatrywali źródła uczuć w ludzkim sercu, a jego symbol był wyrazem miłości, oddania i przywiązania. Nie wiadomo kiedy i w jaki sposób stało się symbolem miłości, przybierając znany nam dziś kształt. Wydaje się być chętnie stosowanym motywem po 1400 roku, pojawiającym się na zapinkach, sprzączkach czy pierścieniach. W XVI i XVII wieku, wśród przedstawicieli możnych rodów, popularny był zwyczaj pochówków z sercem małżonka lub małżonki. Taki pochówek odnaleziono w 2015 roku w Rennes we Francji. Zmarłą w 1656 roku szlachciankę, Louise de Quengo, pochowano z urną w kształcie serca, w której złożono serce jej męża - Toussainta de Perreina. Ponadto zmarłej w wieku ok. 60 lat Louise także usunięto serce (z dużą precyzją) i najpewniej złożono w grobie Toussainta. 

urna w kształcie serca z grobu Louise de Quengo, 1656 rok [źródło: www.univ-rennes1.fr]

Tą i podobne historie związane z miłością można odkrywać na wystawie Między nami nic nie było - miłość zmysłowa w czasach nowożytnych. Na ekspozycję zapraszamy do budynku Gimnazjum do maja 2016 roku. 

Między nami nic nie było - miłość zmysłowa w czasach nowożytnych luty - maj 2016
fragment ekspozycji [fot. U. Sieńkowska]

czwartek, 21 stycznia 2016

Naczynia firmowe z Hotelu Central i Hotelu Rabchen w Elblągu


Właśnie zakończyliśmy trwającą kilka miesięcy wystawę czasową "Dary i Zakupy". Mamy nadzieję, że zdążyliście odwiedzić Muzeum i obejrzeć na żywo nasze nowe nabytki. Spośród licznych przedmiotów, chciałabym zaprezentować dwa z nich, które "zasilą" muzealną kolekcję ceramiki: talerz hotelowy używany w Hotelu Central oraz filiżankę kawiarnianą z Hotelu Rabchen w Elblągu.

Oba przedmioty to dary Bartłomieja Butryna - filiżanka została wykonana w wytwórni Bauscher w Weiden, dekoracja powstała w malarni Maxa Kuscha (założonej w 1862 roku, której właścicielem był Eugen Frentzel, a sama wytwórnia mieściła się przy ulicy Mostowej; produkowano m.in. ceramikę dekoracyjną, luksusowe wyroby porcelanowe, emaliowane, lampy...) w Elblągu w latach 20. XX wieku, talerz natomiast wyprodukowano w Starym Zdroju (Wałbrzych) w wytwórni Carla Tielscha, a pomalowano go również u Maxa Kuscha w latach międzywojennych ubiegłego stulecia.
Te, dość proste w swojej formie i dekoracji, naczynia są nielicznymi pamiątkami po nieistniejących już hotelach, działających w Elblągu w latach przedwojennych.,

Filiżanka z Hotelu Rabchen w Elblągu, fot. A. Grzelak

Znak firmowy na talerzu z Hotelu Central w Elblągu, fot. A. Grzelak

Fot. A. Grzelak

Znak firmowy, fot. A. Grzelak

Znak firmowy, fot. A. Grzelak



Hotel Central znajdował się w budynku, w którym przez wiele lat funkcjonowała restauracja "Słowiańska". Właścicielem w latach międzywojennych był Heinrich Schüssler. Obiekt usytuowany był na rogu ul. 1 Maja i Krótkiej (dawniej Mühlendamm 19a). Określano go jako hotel wysokiej klasy, z popularną restauracją i kawiarnią. Miał podobno imponujące wnętrza, windę i garaże, o czym zresztą informowała reklama:

źródło: Elbing, dr. C. Uffhausen, Berlin-Halensee 1929.

Tak prezentował się hotel w latach międzywojennych:

źródło: http://elblag.fotopolska.eu/399411,foto.html


źródło: http://elblag.fotopolska.eu/560311,foto.html?o=b97004&p=1


Hotel Rabchen (niem. kruczek) wybudowano około 1928 roku w miejscu przecinających się ulic: Grobla Św. Jerzego i 3 Maja (dawniej: Johannistrasse 3). W tamtych czasach był to jeden z najnowocześniejszych hoteli w Elblągu, posiadający m. in. centralne ogrzewanie, łazienki we wszystkich pokojach, ogrzewane garaże oraz windy. Według księgi adresowej, właścicielką w latach 30-tych była Gertrud Reigber.


źródło: http://gdansk.fotopolska.eu/WszystkieZdjecia/Hotel_Rabchen_Elblag?dyskusja=0?dyskusja=0



Hotel Rabchen, widoczny z ul. Nitschmanna, lata międzywojenne,
źródło: Z. Zajchowski Elbląg wczoraj. Elbląg dziś, Elbląg 2015.
Obecnie miejsce, w którym znajdował się Hotel Rabchen,
źródło: Z. Zajchowski, Elbląg wczoraj, Elbląg dziś, Elbląg 2015.

Ciekawostką jest, że obecnie na jednej z akcji można znaleźć obraz autorstwa Ernsta Kossola, przedstawiający Gospodę Rabchen (w tle widoczny kościół św. Anny), która znajdowała się na miejscu późniejszego Hotelu Rabchen.

http://neumanns-auktionen.de/auktionen/katalog/31/artikel/28538.html, więcej informacji: http://www.aefl.de/ordld/Kossol/ernst_kossol.htm

Źródło:

Hotel Rabchen: więcej zdjęć budynku i wnętrzahttp://naszelblag.pl/Nowe-Miasto-jakiego-nie-znacie-cd--2,42926
Z. Zajchowski, Elbląg wczoraj, Elbląg dziś, Elbląg 2015

czwartek, 7 stycznia 2016

Średniowieczne "szybkowary"? - garnki o kulistych dnach.

W średniowiecznym Elblągu, podobnie jak w większości innych miejsc nie tylko w państwie krzyżackim, w powszechnym użytku były naczynia o płaskich dnach. Podobnie jest zresztą i dziś, najczęściej w naszych kuchniach używamy garnków o takich właśnie dnach. Jest to dla nas najbardziej wygodne (ze względu na konstrukcję współczesnych "palenisk" czyli domowych kuchenek), co powoduje, że często nawet nie zdajemy sobie sprawy, że kiedyś mogło być inaczej (wyjątkiem są tu chyba jedynie chińskie woki).
Jednakże naczynia z dnami ukształtowanymi kuliście były na niektórych obszarach Europy wykorzystywane masowo i przez dosyć długi czas.
Naczynia o kulistych dnach były wytwarzane już od przełomu IX i X wieku na obszarach dzisiejszych północnych Niemiec. Z tego obszaru rozprzestrzeniły się na tereny dzisiejszej Belgii, Danii, Norwegii, Szwecji a także częściowo Polski. Na obszary naszego kraju tego typu naczynia dotarły w XIII wieku i są odkrywane w Polsce północno-zachodniej (mniej więcej do linii Parsęty na wschodzie i linii Noteci na południu). Ich pojawienie i upowszechnienie jest łączone z osiedlaniem się kolonizatorów z terenów północnoniemieckich.
Wśród naczyń o kulistych dnach najbardziej popularne i najczęściej wykorzystywane były garnki służące do gotowania potraw (w literaturze niemieckojęzycznej - Kugeltopf). Najczęściej garnki mają wysokość w granicach 12 - 17 cm.

Naczynia o kulistych dnach z 2. połowy XIII w.
Źródło:http://www.stadtarchaeologie-lueneburg.de/mag/gr-kugel-ka.htm

Na terenach, gdzie naczynia kuliste były wykorzystywane masowo używano jeszcze innych określanych dziś jako dzbany (Dreiknubbenkanne). Były one stawiane na płaskich powierzchniach (stołach, ławach), dlatego też dolepiano do ich den trzy małe nóżki bądź wyciskano je od środka. Tego typu naczynia najczęściej miały wysokość w granicach 20 - 30 cm.
Garnki o kulistych dnach używane były przede wszystkim jako naczynia do termicznej obróbki przygotowywanych potraw. Tak ukształtowane naczynia bardzo często były wkładane bezpośrednio do paleniska, a kuliste dno zapewniało znacznie lepszą stabilność na nierównej powierzchni niż w przypadku naczyń z dnami płaskimi (te najczęściej były jedynie przystawiane do paleniska). W przypadku naczyń kulistych równomierne działanie wysokiej temperatury przyczyniało się do tego, że gotowanie odbywało się znacznie szybciej, a przez to było bardziej oszczędne (zużywano mniej opału). Można powiedzieć z pewnym przymrużeniem oka, że były to średniowieczne "szybkowary".
W początkowym okresie naczynia o kulistych dnach docierały do Elbląga jako naczynia importowane, w stosunkowo niewielkiej liczbie. Po koniec XIII i na początku XIV wieku były to przede wszystkim tzw. grapeny - naczynia do gotowania o kulistych dnach i trzech wyraźnie wyodrębnionych nóżkach, przywożone z terenów duńskich lub flandryjskich. Są to naczynia wypalane w atmosferze utleniającej, o czerepie barwy czerwonej, pokryte szkliwem. Tego typu naczynia są, jak się przyjmuje, naśladownictwem naczyń metalowych.


Odkryte w Elblągu grapeny z terenów duńsko-flandryjskich  (XIII?XIV wiek)
Źródło: Archiwum MAH

Metalowe grapeny, z racji użtego materiału do ich produkcji oraz koniecznej wiedzy i umiejętności przy ich odlewaniu były naczyniami drogimi, a na ich zakup mogli sobie pozwolić jedynie zamożni obywatele miasta. Takie naczynia również zostały odnalezione w trakcie elbląskich wykopalisk. Trudno jest stwierdzić, czy są to egzemplarze importowane, czy też może są wyrobem miejscowych rzemieślników.

Grapen metalowy (brąz), odkryty w Elblągu
Źródło: Archiwum MAH

Co ciekawe, krótko po połowie XIV wieku (prawdopodobnie w latach 60.) miejscowi garncarze również zaczęli wytwarzać naczynia z zaokrąglonymi dnami, wsparte na trzech nóżkach. Sądząc po liczbie odkrywanych lokalnych grapenów zyskały one szybko uznanie elblążan i były masowo wykorzystywane w ich kuchniach przez kolejne wieki (aż do przełomu XV i XVI stulecia).


Grapeny (naczynia na trzech nóżkach) - wyrób elbląskich garncarzy (XIV - XV wiek)
Źródło: Archiwum MAH

W okresie nowożytnym ich forma uległa pewnym zmianom - naczynia te stały się bardziej płytkie. Część z nich przybrała nawet formę głębszych patelni na trzech nóżkach. Te nowożytne wyroby miejscowych garncarzy były w powszechnym użytku aż do końca XVII wieku.

Przy pisaniu tego tekstu wykorzystałem również: M. Pytlak, P. P. Szymański, Późnośredniowieczne naczynia o dnach kulistych. Nowe spojrzenie na sposoby wytwarzania, [w:] Acta Archaeologica Pomoranica V. XIX Sesja Pomorzoznawcza Szczecin, 21-22 listopada 2013 r., red. A. Janowski, K. Kowalski, B. Rogalski, S. Słowiński, Szczecin 2015, s. 275 - 298.