wtorek, 23 lutego 2016

Najstarsza elbląska ozdoba w kształcie serca

Cynowe serce jest jednym z bohaterów naszej najnowszej wystawy pt. Między nami nic nie było - miłość zmysłowa w czasach nowożytnych. Choć jest znacznie starsze niż ramy czasowe ekspozycji, znalazło na niej swe miejsce jako najstarszy, odnaleziony na terenie Starego Miasta, przedmiot związany z miłością.

Zapinka cynowa w kształcie serca, Elbląg Stare Miasto - ul. Garbary 13 [fot. archiwum MAH]

Miejsce odnalezienia tego pięknego zabytku jest mało romantyczne. Odnalezione zostało tradycyjnie w latrynie na parceli przy ul. Garbary 13 (wcześniej Linki 29), podczas badań prowadzonych w 1996 roku. Przedmiot został odlany w formie i pierwotnie pełnił funkcję zapinki (bolec nie zachował się do naszych czasów). Ma wysokość ok. 8 cm. Jego powierzchnia w całości pokryta jest misterną, roślinną dekoracją, naśladującą techniki filigranu i granulacji. 

Zapinka w kształcie serca [ekspozycja na wystawie - fot. U. Sieńkowska]

Zapinka datowana jest na XIV wiek. Podobne późnośredniowieczne ozdoby, służące do spinania szat, odnaleziono w innych miastach na terenie zachodniej Europy. Niektóre z nich wykonane są ze szlachetnych materiałów tj. złoto czy srebro, jak zdobiona emalią zapinka z kolekcji British Museum. Na jej odwrocie wyryto miłosną obietnicę  Je suy vostre sans de partier - jestem twój na zawsze. Większość  z nich pochodzi z XV wieku i żadna nie przypomina elbląskiego egzemplarza. 
Kamienną formę do odlewania sercowatych zapinek odnaleziono w Magdeburgu. Na terenie Polski zapinki w kształcie serca odkryto podczas badań archeologicznych w Szczecinie i Kołobrzegu. 
Szczególny kształt takich obiektów oraz charakter inskrypcji dowodzą, że odnajdywane przedmioty mogły być obiektami wymiany między kochankami. W średniowieczu zapinki były popularnym darem dla narzeczonych lub kochanków.

Zapinka z kolekcji British Museum 1400-1464 [źródło: britishmuseum.org]

Zapinka z kolekcji British Museum ok. 1400 Anglia/Francja [źródło: britishmuseum.org]
Już Arystoteles i Galen upatrywali źródła uczuć w ludzkim sercu, a jego symbol był wyrazem miłości, oddania i przywiązania. Nie wiadomo kiedy i w jaki sposób stało się symbolem miłości, przybierając znany nam dziś kształt. Wydaje się być chętnie stosowanym motywem po 1400 roku, pojawiającym się na zapinkach, sprzączkach czy pierścieniach. W XVI i XVII wieku, wśród przedstawicieli możnych rodów, popularny był zwyczaj pochówków z sercem małżonka lub małżonki. Taki pochówek odnaleziono w 2015 roku w Rennes we Francji. Zmarłą w 1656 roku szlachciankę, Louise de Quengo, pochowano z urną w kształcie serca, w której złożono serce jej męża - Toussainta de Perreina. Ponadto zmarłej w wieku ok. 60 lat Louise także usunięto serce (z dużą precyzją) i najpewniej złożono w grobie Toussainta. 

urna w kształcie serca z grobu Louise de Quengo, 1656 rok [źródło: www.univ-rennes1.fr]

Tą i podobne historie związane z miłością można odkrywać na wystawie Między nami nic nie było - miłość zmysłowa w czasach nowożytnych. Na ekspozycję zapraszamy do budynku Gimnazjum do maja 2016 roku. 

Między nami nic nie było - miłość zmysłowa w czasach nowożytnych luty - maj 2016
fragment ekspozycji [fot. U. Sieńkowska]

czwartek, 21 stycznia 2016

Naczynia firmowe z Hotelu Central i Hotelu Rabchen w Elblągu


Właśnie zakończyliśmy trwającą kilka miesięcy wystawę czasową "Dary i Zakupy". Mamy nadzieję, że zdążyliście odwiedzić Muzeum i obejrzeć na żywo nasze nowe nabytki. Spośród licznych przedmiotów, chciałabym zaprezentować dwa z nich, które "zasilą" muzealną kolekcję ceramiki: talerz hotelowy używany w Hotelu Central oraz filiżankę kawiarnianą z Hotelu Rabchen w Elblągu.

Oba przedmioty to dary Bartłomieja Butryna - filiżanka została wykonana w wytwórni Bauscher w Weiden, dekoracja powstała w malarni Maxa Kuscha (założonej w 1862 roku, której właścicielem był Eugen Frentzel, a sama wytwórnia mieściła się przy ulicy Mostowej; produkowano m.in. ceramikę dekoracyjną, luksusowe wyroby porcelanowe, emaliowane, lampy...) w Elblągu w latach 20. XX wieku, talerz natomiast wyprodukowano w Starym Zdroju (Wałbrzych) w wytwórni Carla Tielscha, a pomalowano go również u Maxa Kuscha w latach międzywojennych ubiegłego stulecia.
Te, dość proste w swojej formie i dekoracji, naczynia są nielicznymi pamiątkami po nieistniejących już hotelach, działających w Elblągu w latach przedwojennych.,

Filiżanka z Hotelu Rabchen w Elblągu, fot. A. Grzelak

Znak firmowy na talerzu z Hotelu Central w Elblągu, fot. A. Grzelak

Fot. A. Grzelak

Znak firmowy, fot. A. Grzelak

Znak firmowy, fot. A. Grzelak



Hotel Central znajdował się w budynku, w którym przez wiele lat funkcjonowała restauracja "Słowiańska". Właścicielem w latach międzywojennych był Heinrich Schüssler. Obiekt usytuowany był na rogu ul. 1 Maja i Krótkiej (dawniej Mühlendamm 19a). Określano go jako hotel wysokiej klasy, z popularną restauracją i kawiarnią. Miał podobno imponujące wnętrza, windę i garaże, o czym zresztą informowała reklama:

źródło: Elbing, dr. C. Uffhausen, Berlin-Halensee 1929.

Tak prezentował się hotel w latach międzywojennych:

źródło: http://elblag.fotopolska.eu/399411,foto.html


źródło: http://elblag.fotopolska.eu/560311,foto.html?o=b97004&p=1


Hotel Rabchen (niem. kruczek) wybudowano około 1928 roku w miejscu przecinających się ulic: Grobla Św. Jerzego i 3 Maja (dawniej: Johannistrasse 3). W tamtych czasach był to jeden z najnowocześniejszych hoteli w Elblągu, posiadający m. in. centralne ogrzewanie, łazienki we wszystkich pokojach, ogrzewane garaże oraz windy. Według księgi adresowej, właścicielką w latach 30-tych była Gertrud Reigber.


źródło: http://gdansk.fotopolska.eu/WszystkieZdjecia/Hotel_Rabchen_Elblag?dyskusja=0?dyskusja=0



Hotel Rabchen, widoczny z ul. Nitschmanna, lata międzywojenne,
źródło: Z. Zajchowski Elbląg wczoraj. Elbląg dziś, Elbląg 2015.
Obecnie miejsce, w którym znajdował się Hotel Rabchen,
źródło: Z. Zajchowski, Elbląg wczoraj, Elbląg dziś, Elbląg 2015.

Ciekawostką jest, że obecnie na jednej z akcji można znaleźć obraz autorstwa Ernsta Kossola, przedstawiający Gospodę Rabchen (w tle widoczny kościół św. Anny), która znajdowała się na miejscu późniejszego Hotelu Rabchen.

http://neumanns-auktionen.de/auktionen/katalog/31/artikel/28538.html, więcej informacji: http://www.aefl.de/ordld/Kossol/ernst_kossol.htm

Źródło:

Hotel Rabchen: więcej zdjęć budynku i wnętrzahttp://naszelblag.pl/Nowe-Miasto-jakiego-nie-znacie-cd--2,42926
Z. Zajchowski, Elbląg wczoraj, Elbląg dziś, Elbląg 2015

czwartek, 7 stycznia 2016

Średniowieczne "szybkowary"? - garnki o kulistych dnach.

W średniowiecznym Elblągu, podobnie jak w większości innych miejsc nie tylko w państwie krzyżackim, w powszechnym użytku były naczynia o płaskich dnach. Podobnie jest zresztą i dziś, najczęściej w naszych kuchniach używamy garnków o takich właśnie dnach. Jest to dla nas najbardziej wygodne (ze względu na konstrukcję współczesnych "palenisk" czyli domowych kuchenek), co powoduje, że często nawet nie zdajemy sobie sprawy, że kiedyś mogło być inaczej (wyjątkiem są tu chyba jedynie chińskie woki).
Jednakże naczynia z dnami ukształtowanymi kuliście były na niektórych obszarach Europy wykorzystywane masowo i przez dosyć długi czas.
Naczynia o kulistych dnach były wytwarzane już od przełomu IX i X wieku na obszarach dzisiejszych północnych Niemiec. Z tego obszaru rozprzestrzeniły się na tereny dzisiejszej Belgii, Danii, Norwegii, Szwecji a także częściowo Polski. Na obszary naszego kraju tego typu naczynia dotarły w XIII wieku i są odkrywane w Polsce północno-zachodniej (mniej więcej do linii Parsęty na wschodzie i linii Noteci na południu). Ich pojawienie i upowszechnienie jest łączone z osiedlaniem się kolonizatorów z terenów północnoniemieckich.
Wśród naczyń o kulistych dnach najbardziej popularne i najczęściej wykorzystywane były garnki służące do gotowania potraw (w literaturze niemieckojęzycznej - Kugeltopf). Najczęściej garnki mają wysokość w granicach 12 - 17 cm.

Naczynia o kulistych dnach z 2. połowy XIII w.
Źródło:http://www.stadtarchaeologie-lueneburg.de/mag/gr-kugel-ka.htm

Na terenach, gdzie naczynia kuliste były wykorzystywane masowo używano jeszcze innych określanych dziś jako dzbany (Dreiknubbenkanne). Były one stawiane na płaskich powierzchniach (stołach, ławach), dlatego też dolepiano do ich den trzy małe nóżki bądź wyciskano je od środka. Tego typu naczynia najczęściej miały wysokość w granicach 20 - 30 cm.
Garnki o kulistych dnach używane były przede wszystkim jako naczynia do termicznej obróbki przygotowywanych potraw. Tak ukształtowane naczynia bardzo często były wkładane bezpośrednio do paleniska, a kuliste dno zapewniało znacznie lepszą stabilność na nierównej powierzchni niż w przypadku naczyń z dnami płaskimi (te najczęściej były jedynie przystawiane do paleniska). W przypadku naczyń kulistych równomierne działanie wysokiej temperatury przyczyniało się do tego, że gotowanie odbywało się znacznie szybciej, a przez to było bardziej oszczędne (zużywano mniej opału). Można powiedzieć z pewnym przymrużeniem oka, że były to średniowieczne "szybkowary".
W początkowym okresie naczynia o kulistych dnach docierały do Elbląga jako naczynia importowane, w stosunkowo niewielkiej liczbie. Po koniec XIII i na początku XIV wieku były to przede wszystkim tzw. grapeny - naczynia do gotowania o kulistych dnach i trzech wyraźnie wyodrębnionych nóżkach, przywożone z terenów duńskich lub flandryjskich. Są to naczynia wypalane w atmosferze utleniającej, o czerepie barwy czerwonej, pokryte szkliwem. Tego typu naczynia są, jak się przyjmuje, naśladownictwem naczyń metalowych.


Odkryte w Elblągu grapeny z terenów duńsko-flandryjskich  (XIII?XIV wiek)
Źródło: Archiwum MAH

Metalowe grapeny, z racji użtego materiału do ich produkcji oraz koniecznej wiedzy i umiejętności przy ich odlewaniu były naczyniami drogimi, a na ich zakup mogli sobie pozwolić jedynie zamożni obywatele miasta. Takie naczynia również zostały odnalezione w trakcie elbląskich wykopalisk. Trudno jest stwierdzić, czy są to egzemplarze importowane, czy też może są wyrobem miejscowych rzemieślników.

Grapen metalowy (brąz), odkryty w Elblągu
Źródło: Archiwum MAH

Co ciekawe, krótko po połowie XIV wieku (prawdopodobnie w latach 60.) miejscowi garncarze również zaczęli wytwarzać naczynia z zaokrąglonymi dnami, wsparte na trzech nóżkach. Sądząc po liczbie odkrywanych lokalnych grapenów zyskały one szybko uznanie elblążan i były masowo wykorzystywane w ich kuchniach przez kolejne wieki (aż do przełomu XV i XVI stulecia).


Grapeny (naczynia na trzech nóżkach) - wyrób elbląskich garncarzy (XIV - XV wiek)
Źródło: Archiwum MAH

W okresie nowożytnym ich forma uległa pewnym zmianom - naczynia te stały się bardziej płytkie. Część z nich przybrała nawet formę głębszych patelni na trzech nóżkach. Te nowożytne wyroby miejscowych garncarzy były w powszechnym użytku aż do końca XVII wieku.

Przy pisaniu tego tekstu wykorzystałem również: M. Pytlak, P. P. Szymański, Późnośredniowieczne naczynia o dnach kulistych. Nowe spojrzenie na sposoby wytwarzania, [w:] Acta Archaeologica Pomoranica V. XIX Sesja Pomorzoznawcza Szczecin, 21-22 listopada 2013 r., red. A. Janowski, K. Kowalski, B. Rogalski, S. Słowiński, Szczecin 2015, s. 275 - 298.

czwartek, 24 grudnia 2015

Być jak Benvenuto Cellini - od czeladnika do mistrza

Wędrówka czeladnicza 

Wyzwoliny czeladnicze rozpoczynały nowy okres w życiu przyszłego złotnika. Kandydat posiadał już odpowiednie kwalifikacje, brak mu było jednak doświadczenia. By je zdobyć wyruszał na tzw.wędrówkę czeladniczą, podczas której podejmował pracę w warsztatach złotniczych w innych miastach. Taka włóczęga rzemieślnicza, pozwalająca zebrać doświadczenie u innych mistrzów, obowiązywała we wszystkich cechach. W Elblągu wymagano by trwała co najmniej 6 lat (czas takiej wędrówki różnił się w poszczególnych ośrodkach: w Poznaniu wynosił 3 lata, w Toruniu rok dłużej, a w Gdańsku jedynie pół roku). Czeladnik otrzymywał zaświadczenia (Dienstbrief) od mistrzów, u których pracował w czasie swojej wędrówki. Na podstawie tych dokumentów wiemy, że elbląscy czeladnicy najczęściej odwiedzali pobliski Królewiec, Malbork, Gdańsk i Toruń oraz Wrocław, Poznań, Kalisz, Kowno i Lubekę. Wszystkie zaświadczenia pracy zebrane przez  czeladnika musiały być opatrzone pieczęcią cechu i Rady Miasta. Na podstawie tych dokumentów przyjmowano czeladników do pracy. Wymagano by świadectwa pracy zawierały oprócz opisu zdolności i jakości pracy kandydata, także zapis zapewniający o dobrym prowadzeniu się czeladnika. Tłumaczono to niepokojem przed przestępczością zdarzającą się wśród młodocianych (czeladnicy rozpoczynali wędrówkę w wieku ok. 16 lat*). Z pewnością mistrzowie złotnictwa, ludzie z pozycją i sporym majątkiem, chcieli oszczędzić sobie kłopotu z krnąbrnym czeladnikiem. Zdobywanie praktyki w innych miastach nie było darmowe. Za pobyt i możliwość pracy w gdańskich warsztatach należało zapłacić 2 skojce za pierwszy i 1 skojec za każdy kolejny kwartał. 

Mutjahr   

Po zakończeniu wędrówki i powrocie do miasta czeladnika obowiązywał jeszcze 2-letni czas pracy (tzw. Mutjahr wprowadzony w XIV wieku) nim mógł starać się o tytuł mistrza (obcy czeladnicy, chcący pozostać w Elblągu, musieli przepracować 4 lata, wybitnie zdolni trzy, natomiast synowie złotników oraz czeladnicy starający się o córkę złotnika lub wdowę po nim obowiązywał tylko rok pracy). Po uiszczeniu opłaty (w 1764 roku wynosiła 10 florenów) rozpoczynał pracę u jednego z cechowy mistrzów. Przez ten czas mieszkał u swojego mistrza i pracował na jego rachunek, będąc od niego całkowicie zależny. Wszelkich dodatkowych zleceń mógł podjąć się tylko za jego zgodą. Czeladnikowi nie wolno było zmienić mistrza bez zgody cechu. Jeśli jednak zdecydował się go opuścić, nie mógł zatrudnić się w innym warsztacie przez następne 6 tygodni. Mistrzów, którzy przyjmowali do pracy zbiegów karano grzywną. Żaden złotnik nie mógł i nie chciał zatrudniać czeladnika o złej reputacji. Oczekiwano od nich uległości i posłuszeństwa, karano za niesubordynację. W Gdańsku czeladnik nie mógł spędzić nocy poza domem bez wiedzy i pozwolenia mistrza. 

Dzień pracy latem trwał 16 godzin, od 4 rano do 20 wieczorem, zimą pracowano dwie godziny krócej, od 5 rano do 19 wieczorem. Czeladnicy otrzymywali wynagrodzenie za swoją pracę. W XVII wieku w Gdańsku otrzymywali 60 groszy tygodniowo, a w Krakowie 10 groszy na tydzień (brak źródeł dotyczących Elbląga). Nie była to wysoka płaca, mistrzom zależało na utrzymaniu niedrogiej siły roboczej (przewidywano kary dla mistrzów płacącym więcej niż należało). Biorąc pod uwagę niskie zarobki mniej zamożni czeladnicy wykorzystywali zapewne każdą okazję, aby dodatkowo zarobić. W źródłach dotyczących Gdańska zachował się wykaz inwentarza  po zmarłym czeladniku z 1698 roku, wg którego posiadał on wśród wielu przedmiotów osobistych tj. ubrania i gotowe wyroby złotnicze, także ziemię na terenie Gdańska wartości 286 florenów. 

Od połowy XVI wieku gdańscy czeladnicy posiadali własny związek wewnątrz cechu, na którego czele stał starszy czeladnik (podlegała mu kasa związkowa, do której uiszczano kwartalne składki). Opiekę, a przede wszystkim kontrolę nad tą organizacją sprawował patron z ramienia cechu (zwykle był nim któryś z młodszych mistrzów). Związki takie istniały także w innych miastach w Polsce, w źródłach elbląskich brak na ten temat jakichkolwiek wzmianek. Bardzo możliwe, że elbląscy czeladnicy nie czuli potrzeby zrzeszania się (cech nie był zbyt duży). Kariera złotnika wiązała się z długim czasem nauki oraz sporymi kosztami związanymi z otworzeniem warsztatu, kandydaci pochodzili zwykle z bogatszych rodzin lub kontynuowali rodzinne tradycje zawodowe (kariera syna mistrza złotnictwa była krótsza i łatwiejsza).

Partacze

W XVII i XVIII wieku widoczna staje się tendencja do wydłużania stażu pracy czeladników. W 1647 roku na wniosek cechu złotników w Gdańsku wydłużono ten okres do 10 lat (podobne przepisy pojawiają się w tym czasie we Wrocławiu, Lipsku czy Poznaniu). Cechy ograniczały w ten sposób liczbę mistrzów oraz konkurencję na rynku, pozwalającą zachować odpowiednio wysokie zyski, mistrzowie zdobywali zaś tanich i wykwalifikowanych pracowników. Istniała możliwość skrócenia czasu nauki za odpowiednią opłatą (w 1619 roku  gdański cech zwolnił z 2 lat pracy przedmistrzowskiej niejakiego Jana Peckborna za cenę 100 guldenów). Biedniejsi czeladnicy często mieli trudności z przystąpieniem do egzaminu (wydłużanie okresu Mutjahr, wprowadzanie przepisów zezwalających na wyzwolenie jednego mistrza w ciągu kwartału, przy czym pierwszeństwo mieli synowi złotników). Wielu z nich, widząc trudności w osiągnięciu legalnego tytułu mistrza, rezygnowało z niego skupiając się na pracy i zarabianiu pieniędzy. Działających nielegalnie złotników nazywano partaczami. Tym mianem określano także tzw. wolnych mistrzów (rzemieślników z tytułem mistrza, niezrzeszonych w cechu) oraz rzemieślników innych branż, zajmujących się pokątnie złotnictwem. Prace partaczy były zwykle tańsze, co psuło ceny na lokalnym rynku. Cechy usilnie zwalczały tę niewygodną konkurencję, jednak bez większych sukcesów. Statuty zabraniały mistrzom jakichkolwiek kontaktów z partaczami (mistrz, który zlecał pracę partaczowi karany był połową grzywny łutowego srebra). Liczba partaczy wzrosła w XVII i XVIII wieku, o czym świadczy wzrost liczby skarg składanych przez cech złotniczy do elbląskiej Rady Miejskiej (np. w 1734 roku oskarżono czeladnika browarniczego Abrahama Kohlausa o nielegalne posiadanie narzędzi złotniczych). 

Sztuka mistrzowska  

Po przepracowaniu okresu Mutjahr czeladnik mógł przystąpić do egzaminu mistrzowskiego. Na początku musiał dostarczyć do cechu odpowiednie dokumenty tj. świadectwo urodzenia, świadectwo ucznia oraz zaświadczenia z praktyki czeladniczej i dokonać odpowiednich opłat (m.in. wg statut elbląskiego cechu z XV wieku: wpłacić jedną dobrą grzywnę na zbroje, jedną dobrą grzywnę na wyprawy wojenne, półtora grzywny dobrych pieniędzy na beczkę piwa oraz 5 funtów wosku) oraz pokryć koszty egzaminu (wpisowe do grona mistrzów, dyplom mistrzowski, wynagrodzenie dla osoby sprawującej nadzór na wykonaniem sztuki mistrzowskiej - w 1629 rok był to koszt 13 florenów). Musiał posiadać także określone statutem minimum majątkowe niezbędne do rozpoczęcia własnej działalności (wymagano 12 grzywien w gotówce na ubrania, narzędzia i sprzęt domowy).

Egzamin polegał na wykonaniu tzw. sztuki mistrzowskiej, czyli zestawu typowych przedmiotów ukazujących umiejętności i talent kandydata. W Elblągu obejmowała pozłacane naczynie z pokrywą, złoty pierścień z osadzonym kamieniem oraz tłok pieczęci z wygrawerowaną tarczą z hełmem. Prace należało wykonać w ciągu kwartału w domu starszego cechu (od 1601 roku zezwolono na wykonanie jej w dowolnym miejscu) i zaprezentować gotowe przedmiotu przed starszymi cechu (którzy ocenili je sprawnym okiem przy beczce piwa..). Jeżeli wykonane prace były na niskim poziomie, czeladnik nie zdawał egzaminu, a cech zalecał mu dalszą praktykę. Oczywiście zdarzało się, że za dodatkową opłatą egzamin zdawali słabsi w swej sztuce czeladnicy. Egzamin kończył się poczęstunkiem, a w zasadzie ucztą, gdyż wyzwoliny na mistrzów obchodzono bardzo uroczyście. Był to niemały wydatek dla mniej zamożnych czeladników. Z czasem uczty stawały się coraz wystawniejsze i kosztowniejsze. Niestety brak źródeł dla Elbląga, w Gdańsku w XVIII wieku koszt takiej biesiady wahał się w granicach 400 florenów). 

Św. Eligiusz (patron złotników) w swoim warsztacie
Niklaus Manuel, 1515 rok [źródło: wikimedia]


Zdarzało się, że do miasta przybywali mistrzowie z innych miast z zamiarem otwarcia warsztatu. Jeżeli chcieli należeć do elbląskiego cechu musiał przedstawić świadectwo z miasta gdzie był mistrzem oraz uzgodnić z władzami cechu termin pracy, która go w takim przypadku obowiązywała. W 1482 roku przybył do Elbląga Baltazar Siuerd z Rygi. W liście poręczającym ryskim cech złotników zapewniał, że Baltazar był w Rydze mistrzem solidnym i uczciwym. Od XV do XIX wieku dołączyło do elbląskiego cechu 9 mistrzów z innych miast m.in. z  Rygi, Lubeki, Gdańska i Pszczyny. Każdy, kto został przyjęty do cechu  zobowiązany był złożyć przed Radą Miejską przysięgę obywatelską. Warunkiem otrzymania obywatelstwa było posiadanie przy ulicy czynnego warsztatu.  

Świeżo wyzwolony na mistrza czeladnik, posiadający odpowiednie zaplecze finansowe, mógł w końcu otworzyć warsztat i rozpocząć działalność. Pozostało mu jeszcze poszukać żony, gdyż statut cechu zobowiązywał mistrza do założenia rodziny (zwalniały z tego jedynie wyjątkowe okoliczności jak silne kalectwo lub nieuleczalna choroba). Jedynie żonaci mistrzowie mieli prawo trzymania czeladników i uczniów, nieżonatemu mistrzowi przydzielano ucznia jedynie wtedy, gdy nie mógł sam prowadzić warsztatu. Zakaz ten zniesiono dopiero w XVIII wieku.

Benvenuto Cellini w swoich wspomnieniach przytacza wiele historii z czasów, sam jako czeladnik podróżował, zdobywając doświadczenie w różnych warsztatach, m.in w Rzymie  (gdzie na zmianę pracował i studiował starożytności, ćwicząc się w rysunku):

"Pracowałem w tym czasie u wielu różnych mistrzów, wśród których znalazłem kilku zacnych złotników, jak mój pierwszy mistrz Marcone. Inni, którzy zażywali sławy uczciwych, wyzyskiwali pracę moją i obdzierali mnie, jak mogli. Spostrzegłszy to, zerwałem z nimi i strzegłem się tych łotrów i złodziejów."


Naszym Czytelnikom życzymy radosnych świąt Bożego Narodzenia i pomyślności w Nowym Roku!




*jeżeli rozpoczęli naukę jako uczeń w wieku 12 lat, (wg T. Nożyńskiego w poznańskim cechu złotniczym naukę rozpoczynali chłopcy, którzy ukończyli 12 rok życia) http://staremiastoelblag-mah.blogspot.com/2015/11/byc-jak-benvenuto-cellini.html

post przygotowano na podstawie artykułu K. Wanty  Elbląski cech złotników od drugiej połowy XIV wieku do początku XIX wieku Rocznik Elbląski t. XIV 1995 oraz Gdański cech złotników od XIV wieku do końca wieku I.Rembowskiej,

piątek, 4 grudnia 2015

Historia strzykawki

Najstarszym przyrządem przypominającym strzykawkę, używanym w czasach Hipokratesa (V-IV w. p.n.e.) był pęcherz zwierzęcy połączony z rurką, którą przepływał płyn. Przykłady takich pierwowzorów strzykawek znane są z Pompei. Uważa się jednak, że ich stosowanie było ograniczone z powodu braku wiedzy na temat układu krążenia krwi. W starożytnym Egipcie natomiast używano instrumentu, który przypominał strzykawkę i miał zastosowanie w przypadku lewatyw i płukania przetok. Konstrukcje oczywiście ulepszano, próbując również "przelewać" choremu krew z przeciętej żyły osoby zdrowej.

Dopiero na początku XVII wieku William Harvey podał pierwszy opis krwiobiegu, twierdząc, że jest to układ zamknięty, wypełniony krwią, której ruch nadają skurcze serca. Na podstawie tego odkrycia można było rozpocząć eksperymenty nad podawaniem leków bezpośrednio do układu krążenia. Prób było wiele, zapewne część z nich kończyła się dużym niepowodzeniem; początkowo wlewano dożylnie zwierzętom wino, piwo, mleko lub krew, stosując pęcherz zakończony rurką z pióra gęsiego, próbowano także przetaczać krew od jednego osobnika do drugiego, łącząc tętnicę dawcy z żyłą biorcy oraz usiłowano wprowadzać leki bezpośrednio dożylnie.

Pierwszy opis strzykawki lekarskiej podał w 1475 r. Gattinaria (polityk, humanista i kardynał włoski) - był to metalowy cylinder z tłokiem wewnątrz, do którego można było przymocować różne nakładki o wydłużonym i cienkim zakończeniu. Nie do końca jednak spełniała ona swoją funkcję w przypadku przetaczania krwi - prawdopodobnie taką nieudaną transfuzję wykonano papieżowi Innocentemu VIII (1492 r.), któremu podano krew od pięciu chłopców w celu jego odmłodzenia. Zakończyło się to śmiercią wszystkich.  
Kolejne wynalazki pojawiały się na początku XVIII wieku; w 1712 r. francuski lekarz D. Aniel przepłukiwał strzykawką o podobnej konstrukcji kanaliki łzowe, w 1723 r. R.J. Croissant de Garange używał strzykawki do przepłukiwania zatoki szczękowej, a w 1790 r. J. Hunter proponował za jej pomocą sztuczne unasienienie.  
Dopiero w 1853 r. strzykawka otrzymała igłę dzięki K.G. Pravazowi, co doprowadziło do zrewolucjonizowania medycyny i przyspieszenia jej rozwoju, m. in. opracowano metodę znieczulenia miejscowego.

Strzykawki ze Starego Miasta w Elblągu; kościane z XVIII w.,
 metalowa i szklana z XIX w., fot. archiwum MAH. 

Nie wiadomo do końca, jak wyglądały początki stosowania strzykawek w Elblągu, ale ich istnienie potwierdzają wykopaliska, prowadzone na Starym Mieście. W ich trakcie, na zapleczu dawnej apteki "Pod Czarnym Orłem" (Stary Rynek 16) odkryto właśnie strzykawki kościane i fragmenty szklanych. Strzykawki kościane zostały wykonane w dwóch różnych warsztatach lub w tym samym warsztacie, ale w różnym czasie, o czym świadczą drobne różnice w wyglądzie - każda z nich ma inny profil. Są one datowane na XVIII i XIX wiek, jednak trudno precyzyjnie określić czas ich wytworzenia z uwagi na to, że w obrębie śmietniska znajdowały się zabytki o szerokiej chronologii. Wiadomo jednak, że wcześniej, tzn. w XVII w. strzykawki również były w użyciu -  w jednym ze spisów inwentarzy elblążan pojawiła się informacja, że elbląski łaziebnik, Veit Regen posiadał 2 strzykawki.


Literatura:
M. Marcinkowski Wyroby z poroża i kości z nowożytnego Elbląga [w:] Kwartalnik Historii Kultury Materialnej nr 3/2004, s. 273-286.
http://www.dmp.am.wroc.pl/artykuly/DMP_2008451085.pdf

środa, 25 listopada 2015

Fajans pomorski na wystawie

Jeszcze do 17 grudnia można oglądać w Muzeum Narodowym w Gdańsku, w Oddziale Sztuki Dawnej przy ul. Toruńskiej, wystawę "Fajans pomorski w XVIII wieku".




Pretekstem do zorganizowania tej wystawy był zakup przez Muzeum Narodowe dwóch niezwykłej urody wielkich talerzy z fajansu pomorskiego. Pochodzą one z dawnej kolekcji Lessera Giełdzińskiego. Był on od 1860 roku związany na stałe z Gdańskiem. Prowadził firmę handlu zbożem. Dochody i zainteresowania kolekcjonerskie pozwoliły mu na zgromadzenie wielkiego zbioru sztuki dawnej i rzemiosła artystycznego. Po jego śmierci (zmarł w 1910 roku), w roku 1912 większość kolekcji została rozsprzedana na aukcji zorganizowanej w domu aukcyjnym w Berlinie.

Lesser Giełdziński
Źródło: http://www.gedanopedia.pl/gdansk/?title=GIE%C5%81DZI%C5%83SKI_LESSER
Oto co na ten temat pisze autorka wystawy i folderu do niej, pani Marta Krajewska: Wśród zgromadzonych przez kolekcjonera mebli, luster, zegarów, drewnianych rzeźb, wyrobów z cyny, żelaza, mosiądzu, brązu, marmuru, wosku, sreber, emalii, miniatur, sztychów i malarstwa olejnego znalazła się także porcelana pochodząca z renomowanych europejskich wytwórni oraz fajanse, kamionka i szkło, których sprzedaż zaplanowano na późno popołudniowe godziny w środę 12 grudnia. Wśród fajansów dominowały biało-błękitne wyroby z Delft. W obszernym wstępie charakteryzującym tę kolekcję, w którym autor Georg Cuny odwoływał się do historycznego i artystycznego splendoru minionych wieków, znalazła się wzmianka o XVIII-wiecznych gdańskich wyrobach ceramicznych, których produkcja rozwijała się także na Stolzenbergu. Już w XIX wieku stanowiły one rzadkość. Kilka z nielicznie - co wyraźnie podkreślono - zachowanych egzemplarzy znalazło się w kolekcji Lessera Giełdzińskiego, co świadczy o intencjonalnym tworzeniu zbioru przez kultywującego historię miasta kolekcjonera. Dwa najpiękniejsze z nich po 103 latach powróciły do Gdańska, aby znaleźć swoje miejsce w zbiorach Muzeum Narodowego.

Wystawa została zorganizowana ze zbiorów trzech placówek muzealnych: Muzeum Narodowego w Gdańsku, Muzeum Zamkowego w Malborku i naszego Muzeum Archeologiczno-Historycznego w Elblągu. Dostarczyliśmy na tą wystawę 23 okazy fajansów elbląskich pochodzące z badań wykopaliskowych na Starym Mieście.

Jeden z elbląskich eksponatów użyczony na wystawę
Fot. Archiwum MAH

Do obejrzenia tej właściwie pierwszej wystawy poświęconej wyłącznie fajansowi pomorskiemu serdecznie zapraszamy.


Fragment wystawy "Fajans pomorski w XVIII wieku"
Muzeum Narodowe w Gdańsku
Fot.: Marta Krajewska
W tym roku mija również 100 rocznica od publikacji pierwszego naukowego tekstu poświęconego fajansom pomorskim i garncarstwu pruskiemu, autorstwa Hansa Friedricha Seckera (1888 - 1960). Z wykształcenia był historykiem sztuki i muzealnikiem, a w latach 1912 – 1916 dyrektorem Muzeum Miejskiego oraz Muzeum Rzemiosła Artystycznego w Gdańsku. Wydał on w latach 1915 – 1917, a następnie uzupełnił w 1922 roku, eseje o dziejach gdańskiego i pomorskiego garncarstwa.

Strona tytułowa pierwszego opracowania H. F. Seckera
"Der Cicerone" 1915

Hans Secker swoje opracowanie oparł przede wszystkim na eksponatach przechowywanych w gdańskich muzeach. Jednak pomiędzy najważniejszymi ośrodkami garncarskimi: Gdańskiem, Malborkiem i Elblągiem autor zauważa różnice, widząc je przede wszystkim w barwie czerepu wytwarzanych naczyń. Ustalił chronologię ceramiki pomorskiej i wyróżnił trzy okresy jej rozwoju: wczesny – od około 1695 do 1750, rozkwitu – od około 1750 do 1790 i późny – od około 1790 do 1820 roku.

W dotychczasowych studiach nad fajansem pomorskim największą liczbę prac poświęconych temu zagadnieniu opublikowała Elżbieta Kilarska. Są to prace naukowe i popularyzatorskie, które zawierają największą bazę zabytków ceramicznych wraz z ich opisem oraz często z uściśleniem okresu ich powstania. Autorka przedstawiła w nich również źródła zapożyczeń form i motywów zdobniczych, szczególnie dla najstarszych naczyń z pierwszej połowy XVIII wieku. W jednym z opracowań autorka poddała analizie przypisywane niekiedy warsztatom gdańskim dzbany fajansowe ze zbiorów Muzeum Narodowego w Krakowie i Muzeum Narodowego w Poznaniu, datowane na pierwszą połowę XVII wieku, co pozwoliło oba dzbany związać z ośrodkiem hamburskim.

Wśród licznych zespołów fajansów pomorskich, jedynie pochodzące z Elbląga doczekały się opracowania i opublikowania w roku 2011, w monografii „Fajans pomorski ze Starego Miasta w Elblągu”.


Jest to pierwsze większe opracowanie fajansów pomorskich, które stara się w sposób możliwie wszechstronny poddać analizie duży zespół tych naczyń. Oprócz przedstawienia klasyfikacji naczyń, problemów związanych z ich datowaniem i periodyzacją, przedstawia wyniki badań fizyko-chemicznych przeprowadzonych dla tej grupy wyrobów ceramicznych. Na ich podstawie zyskano pewność, że masy garncarskie były wyrabiane z glin żelazistych z dodatkiem związków wapnia. Naczynia pokrywano szkliwem ołowiowym zmąconym dodatkiem tlenku cyny. Na części naczyń z całą pewnością nałożona została również dodatkowa warstwa szkliwa ołowiowego – coperta. Poza tym została w niej podjęta próba porównania i charakterystyki naczyń z Malborka, Gdańska, Fromborka i Elbląga (ograniczona, ze względu na dostępność zbiorów i opracowań). Na dołączonej do książki płycie CD umieszczone zostały wyniki badań fizykochemicznych oraz katalog 250 naczyń. Publikacja stanowi punkt wyjścia do dalszych studiów nad fajansem pomorskim w pozostałych ośrodkach.

Jest to na obecnym etapie ostatnia większa publikacja poruszająca problematykę fajansu pomorskiego i mam szczerą nadzieję, że nie ostatnia.

wtorek, 10 listopada 2015

Być jak Benvenuto Cellini

Kilkakrotnie poruszaliśmy na blogu tematy związane z rzemiosłem złotniczym, skupiając się bardziej na aspektach technicznych (narzędzia, surowce). Jednak w jaki sposób można było zostać złotnikiem? Jak wyglądała droga do tego intratnego i szanowanego zawodu? Jakie kroki należało poczynić by rozpocząć karierę niczym Benvenuto Cellini? 

Uczeń złotnika
Naukę w Elblągu rozpocząć mógł każdy chłopiec. Zdolności artystyczne kandydata przeważały nad jego statusem społecznym. W większości byli to jednak synowie mieszczan. Przy aplikacji należało przedstawić władzom cechu tzw. Geburtsbrief  - świadectwo legalnego urodzenia. Trudno ustalić  w jakim wieku byli kandydaci, gdyż dokumenty te nie zawierały tak szczegółowych danych. Zawierały zresztą niewiele danych, prócz imienia i nazwiska rodziców oraz stwierdzenia legalności ich związku oraz prawowitego pochodzenia danej osoby. T. Nożyński przyjmuje, że w poznańskim cechu złotniczym rekrutowano uczniów wśród chłopców, którzy skończyli dwanaście lat. Po rekrutacji starsi cechu wyznaczali nowemu uczniowi mistrza, u którego miał terminować (w niektórych ośrodkach np. w Poznaniu opiekun ucznia miał prawo wybrać dla niego mistrza). Naukę poprzedzał okres próbny pozwalający mistrzowi określić talent kandydata, a uczniowi wypróbować swoje umiejętności. W Elblągu czas próby trwał 6 tygodni (w Gdańsku 8 tygodni, w Poznaniu od 2 do 6 tygodni, w Krakowie i Przemyślu okrągły rok). Po tym czasie, jeżeli mistrz był zadowolony z ucznia, rejestrował go w cechu (oczywiście za wiedzą i zgodą cechu i pozostałych mistrzów). Przy wpisie kandydata obowiązywała "opłata manipulacyjna" wynosząca w Elblągu pół grzywny dobrej monety, dwa funty wosku oraz szynkę* (z opłaty tej zwolnieni byli synowie mistrzów). Uczeń oficjalnie rozpoczynał naukę rzemiosła po zawarciu umowy pomiędzy mistrzem a opiekunami kandydata oraz wpisaniu do księgi uczniów (Lehrlings-Einschreibebuch).

Etienne Delaune Warsztat złotniczy, Francja 1576
Dom mistrza oraz warsztat (zwykle ciemny i duszny) był od tego momentu jego domem. W tym czasie całkowicie podlegał swojemu mistrzowi, który najczęściej zapewniał mu całkowite utrzymanie. Uczniowie zwykle nie otrzymywali wynagrodzenia. Oprócz nauki obowiązywała ich osobista służba w domu mistrza oraz odpowiednie zachowanie. Dzień pracy ucznia trwał około 16 godzin (od 5 rano do 9 wieczorem) i wypełniony był nauką rzemiosła oraz pomaganiem w domu nauczyciela. Przy takim trybie nauki niewiele pozostawało czasu na młodzieńcze swawole. Zresztą mistrz wymagał od swego ucznia pracowitości, posłuszeństwa i skromności. Swym zachowaniem sławić miał dobre imię swojego mistrza. Nie wolno było mu pić, palić, grać w kości i włóczyć się po nocy. Zachowanie ucznia rzutowało na reputację mistrza. Krnąbrni uczniowie za nieposłuszeństwo zwykle zbierali baty (była to tzw. kara plagi). Uczniowi nie można było spędzać nocy poza domem ani podjąć się żadnej pracy bez wiedzy i pozwolenia mistrza. Za niesubordynację karano funtem wosku, grzywną lub wydłużeniem czasu nauki. Notoryczne łamanie przepisów kończyło się zwolnieniem z terminu. Karano także mistrzów ukrywających wykroczenia swych uczniów. 

Różne bywały stosunki pomiędzy uczniami a mistrzami. Niektórzy nauczyciele nadużywali władzy nad swoimi podopiecznymi. Zmienić mistrza można było  jedynie za zgodą starszego cechu podając przyczyny. Jeśli były słuszne pozwalano na to. W praktyce jednak przypadki takie zdarzały się niezwykle rzadko, a niezadowoleni ze swego losu uczniowie po prostu uciekali z terminu. Wg prawa (które stanowił statut cechu) zbieg nie mógł już nigdzie podjąć nauki, aż nie rozliczył się ze swoim mistrzem. Po tym mógł odsłużyć termin w innym warsztacie. Ucieczki surowo karano, zwykle karą plagi. Wysokie kary nakładano także na mistrza, który przyjąłby do pracy zbiega (w Poznaniu była to 1 grzywna srebra). 

Termin trwał 4 lata. W tym czasie mistrz zobowiązany był nauczyć swego ucznia rzemiosła. Potem umowa między mistrzem a uczniem (lub jego opiekunami) wygasała. Niektórym mistrzom ciężko było rozstać się tanim pracownikiem i darmową pomocą domową jaką był uczeń przez ostatnie 4 lata. Mimo zakazów nieuczciwi mistrzowie starali się wydłużać ten okres pod pozorem niedostatecznych umiejętności ucznia czy koniecznością odpracowania kosztów utrzymania. 
Mistrz zgłaszał zakończenie nauki w cechu. Po uiszczeniu opłaty (zapewne stosunkowo wysokiej, w XVIII wieku w Elblągu wynosiła 6 florenów, do tego doliczyć należało jeszcze opłatę pisarza i to co należało się starszemu cechu i jego zastępcy) uczeń otrzymywał zaświadczenie o wyuczonym rzemiośle i po wkupieniu się w szeregi swych nowych braci (oczywiście wydając zakrapianą ucztę) stawał się czeladnikiem. Był to pierwszy etap na drodze do osiągnięcia mistrzostwa w tym fachu. 

Znacznie łatwiej w karierze powodziło się synom złotników, mogącym zdobywać doświadczenie od najmłodszych lat w rodzinnych warsztatach. W XVIII wieku złotnicy zapisywali swych synów do cechu w bardzo młodym wieku, aby szybciej "wypracowali" wymagany 10-letni okres przynależności do organizacji (niezbędny by zostać mistrzem). Naukę rozpoczynali w wieku ok. 13-15 lat. Po 4-5 latach nauki obowiązywał ich jedynie 2-letni staż czeladniczy niezbędny do uzyskania tytułu mistrza.

Kariera osiągnięta przez wspomnianego w tytule Celliniego dla elbląskich złotników była raczej nieosiągalna. Urodzony we Florencji, skąd tylko krok do Rzymu - stolicy sztuki. Pochodził z dobrze sytuowanej rodziny. Jego ojciec, także ceniony rzemieślnik (wyrabiał instrumenty muzyczne, był budowniczym wojennym, rzeźbiarzem, raz nawet zbudował rusztowanie dla Leonadra Da Vinci) przewidywał dla swego syna karierę muzyka (sam był zapalonym fletnistą). Benvenuto był jednak zdeterminowany wybrać własną drogę, choć ojciec z początku mu to utrudniał. Oddał go wprawdzie na naukę do warsztatu Michelagnola z Pinzi di Monte. Bardzo zdolnego mistrza, ale z niskiego stanu (ojciec jego był węglarzem). Marna to protekcja jak na wiernego i oddanego sługę rodu Medicich. Benvenuto nie zabawił tam zresztą długo. Ojciec zabrał go już po kilku dniach, nie mogąc znieść jego nieobecności. 
W wieku lat 15, nie przestając na zmianę grać i rysować, Benvenuto wstąpił wbrew swemu ojcu na służbę do złotnika Marcone (Antonio di Sandro). Rozgniewany ojciec zabronił złotnikowi płacić mu za pracę tak jak innymi czeladnikom. Nie powstrzymało to jednak talentu Benvenuty Celliniego. 


* wysokość opłat zmieniała się na przestrzeni wieków, różniły się też w poszczególnych ośrodkach

Drodzy Czytelnicy! Odświeżyliśmy nieco szatę graficzną naszego bloga. Najwyższa pora, od pierwszego posta minęły już w końcu 4 lata. Od dzisiaj będziemy publikować nasze posty co dwa tygodnie. Bardzo chcielibyśmy częściej, jednak jeśli chcemy zachować wysoki (mamy taką nadzieję;) poziom naszych publikacji, musimy poświęcać na ich tworzenie coraz więcej czasu. Na dodatek inne zawodowe zainteresowania autorów oraz codzienne zadania Muzeum skutecznie wypełniają nam godziny pracy ;) Mamy nadzieję, że nasze działania będą Wam sprawiały dużo radości. Dziękujemy, że nas czytacie :)