wtorek, 24 marca 2015

O pielgrzymowaniu Elblążan

W związku z niedawną wizytą podróżnika Marka Kamińskiego w Elblągu, który wybrał się szlakiem św. Jakuba, prowadzącym z Kaliningradu przez Polskę, Niemcy, Belgię, Francję, aż do Santiago de Compostela, chcielibyśmy poruszyć jeszcze temat pielgrzymowania Elblążan w średniowieczu.

Potrzeba pielgrzymowania do miejsc świętych związanych z pobytem świętych, ich grobów, bądź posiadanymi relikwiami była szczególną cechą chrześcijańskiego średniowiecza. Choć pielgrzymki miały charakter prywatny, ale skala tych indywidualnych wypraw nadała im swoistego charakteru  międzynarodowego aktu wiary.
Sam Elbląg był także celem pielgrzymek: od 1239 roku tutejsza warownia krzyżacka była w posiadaniu relikwii Krzyża Świętego, a od około 1400 roku czcią otaczano cudownie ocalałe z pożaru hostie w kościele przyszpitalnym Św. Jerzego, później nazwanym z tego powodu Bożego Ciała.
Elblążanie także udawali się do miejsc świętych: aby otrzymać stosowną łaskę, bądź dopełnić ślubu złożonemu danemu świętemu, niekiedy by odbyć naznaczoną pokutę. Fakt podróżowania dawnych elblążan do miejsc świętych w okresie średniowiecza został dwojako udokumentowany: źródłowo i dzięki odnalezionym podczas badań archeologicznych prowadzonych na Starym Mieście, tzw. znakom pielgrzymim i różnego rodzaju pamiątkom przywożonym z peregrynacji.

Pośród przedmiotów związanych z pielgrzymowaniem, a odkrytych w trakcie badań wykopaliskowych i prezentowanych w elbląskim muzeum, najbardziej okazałym i charakterystycznym jest muszla z Santiago de Compostela 
Innymi przedmiotami związanymi bezpośrednio z pielgrzymkami elblążan, a prezentowanymi w Muzeum są znak pielgrzymi przedstawiający św. Serwacego,  Matkę Boską z Dzieciątkiem, ampułka z wizerunkiem Veraikonu (głowy Chrystusa w aureoli),  kolisty znak z kobietą i mężczyzną oraz fragmenty glinianych i drewnianych flasz, o formach znanych z ikonografii przedstawiającej czy to pielgrzymów, czy świętych, w tym samego Św. Jakuba w okresie średniowiecza.

Najstarszą pielgrzymkę elbląską odnotowano w 1383 roku. Większość danych źródłowych pochodzi z XV wieku. Zachowało się kilka zapisów o sporządzanych z okazji podjętych pielgrzymek testamentów. Trudy i niebezpieczeństwa związane z pielgrzymowaniem były tak wielkie, że przed wyruszeniem porządkowano swoje doczesne sprawy. Niekiedy pielgrzymek dokonywali specjalnie wynajęci zastępcy. Pielgrzymowano do stosunkowo bliskich: Kartuz, Koszalina, Wilsnack, gdzie czczono eucharystyczną Krew Pańską ocalałą w podobnych okolicznościach jak Ciało Chrystusa w Elblągu, szczególnie chętnie do Valdstena w Szwecji – do grobu św. Brygidy. Także do odległych miejsc świętych: Einsiedeln w Szwajcarii, Akwizgranu, Rzymu i wreszcie do najbardziej odległego miejsca: grobu św. Jakuba w Santiago de Compostella. Trzeba pamiętać, że pielgrzymi w drodze odwiedzali różne miejsca święte

Większość pielgrzymów poruszała się w długiej i męczącej podróży lądem. Dla pielgrzymów naszego obszaru pierwszym przystankiem etapowym był Frankfurt nad Menem, gdzie gromadzili się w należącym do Krzyżaków szpitalu zwanym Kompostella. Następnie podążali przez Freiburg, Bramę Burgundzką w kierunku Pirenejów do klasztoru Roncesvalles. Było to miejsce upamiętnione klęską Karola Wielkiego i śmiercią Rolanda. Warto dodać, że postać Rolanda w okresie średniowiecza cieszyła się popularnością w środowiskach także mieszczańskich, jako symbol cnót rycerskich i niezależności. Posąg Rolanda stanął w 1404 roku na nabrzeżu Rybackim w pobliżu mostu Wysokiego. Figurę w późniejszym okresie umieszczono na zewnętrznej Bramie Targowej i została ona uwieczniona na rysunku w kronice G. Gotscha. Inna znana figura Rolanda znajdowała się na umocnieniach w Krakowie. Bez wątpienia, m.in. wyprawy pielgrzymkowe przyczyniły się do popularyzacji legendy wypraw Karola Wielkiego na Maurów.
Zapewne niektóre pielgrzymki odbywały się drogą morską lub po pieszej wędrówce do celu wracano do domów morzem. Tak odbyła się zakończona nieszczęśliwie wyprawa burmistrza elbląskiego Johanna Erckel w 1487 roku. Podczas podróży powrotnej burmistrz zachorował i zmarł w drodze do Amsterdamu. Bogaty Erckel mógł sobie pozwolić na podróż morską. Niewykluczone, że pobożną podróż połączył z interesami handlowymi. Kontakty gospodarcze z półwyspem Pirenejskim, jak już wspomniałam, znalazły także potwierdzenie w znaleziskach na Starym Mieście.
Elbląskie pielgrzymki zostały odnotowane w regestrach testamentów składanych radzie miejskiej. Oprócz burmistrza Erckel, do Compostelli mieli się udać Pawel Scholtcze  (testament z 19.05.1467) i Cristoffer Thauwer  (testament  z 18. 04. 1498). Do tej grupy można zaliczyć także Jakoba Kolle z Kępek (Zeyer) ( testament 9.02.1484). Ten ostatni zmuszony był wynająć zastępcę.

Kult św. Jakuba w Elblągu

Kierunek pielgrzymowania do Compostelli elblążan był związany z samą popularnością kultu Św. Jakuba w Elblągu.
Jego wezwanie  nadano kościołowi filialnemu Starego Miasta, powstałemu na wschód od umocnień średniowiecznych. Kościół św. Jakuba wedle starszych poglądów miał powstał już ok. 1256 roku. Jednak pierwsza, wiarygodna wzmianka o nim pochodzi dopiero z 1338 roku. Zapewne wybór wezwania dla kościoła filialnego, położonego za murami miasta nie był przypadkowy. Św. Jakub uchodził za patrona m.in. zakonów rycerskich (w pobliżu kościoła znajdowały się ogrody strzeleckie), pielgrzymów i ubogich (przy kościele znalazł się dom dla ubogich z ogrodem).
W kościele parafialnym św. Mikołaja znajdował się także ołtarz poświęcony św. Jakubowi, należący do bractwa Bożego Ciała. W 1475 r. ołtarz otrzymał odpust 100-dniowy za ofiary na jego budowę i przyozdobienie.
Postać powszechnie czczonego w średniowieczu świętego można odnaleźć także w dziełach sztuki wówczas powstałych. Szczególnie rzeźbie. Postać św. Jakuba w zespole Apostołów w obecnej katedrze św. Mikołaja z pocz. XV wieku. Jeszcze bez tradycyjnych akcesoriów. W okresie późnogotyckim przedstawiony jest z elementami stroju pątniczego: w kapeluszu z szerokim, miękkim rondem przyozdobionym muszlą, obszernym płaszczu z kijem pielgrzymim w dłoni, niekiedy z bukłakiem i sakwą oraz różańcem. Przykład takiego przedstawienia św. Jakuba można zobaczyć w ołtarzu Przewoźników Wiślanych (lewe skrzydło, górna kwatera) w elbląskiej katedrze. W Muzeum Narodowym w Warszawie przechowywana jest piękna figura świętego z ołtarza  kościoła w Niedźwiedzicy, dzieło elbląskiego warsztatu i niewykluczone, że pochodząca z dawnego wyposażenia elbląskich świątyń, rozproszonego w dobie reformacji. Podobnie jak znajdująca się obecnie niewielka figurka w Muzeum Narodowym w Gdańsku z ołtarza elbląskich browarników (słodowników).

Figura św. Jakuba z kościoła w Niedźwiedzicy na Żuławach, obecnie w zbiorach Muzeum Narodowego w Warszawie, fot. W. Rynkiewicz-Domino.


Ponadto w Elblągu znajdowały się dwa srebrne relikwiarze figuralne z przedstawieniem tego świętego. Relikwiarze figuralne - na ogół lane ze srebra, niekiedy ze złota, ważyły najczęściej kilka kilogramów (największe nawet do 50 kg!). W Elblągu potwierdzono źródłowo występowanie 19 takich relikwiarzy na ogólną liczbę 56 srebrnych relikwiarzy na terenie Warmii i dekanatu pomorskiego, w tym dwa poświęcone św. Jakubowi.

Turystom i pielgrzymom, którzy będą podążać szlakiem św. Jakuba, polecamy odwiedzenie katedry św. Mikołaja jako punktu węzłowego „elbląskiej drogi św. Jakuba” oraz Muzeum Archeologiczno-Historycznego w Elblągu – miejsca przechowywania i eksponowania obiektów związanych z pielgrzymkami, w tym przede wszystkim muszli ze szlaku Santiago de Compostella.


Powyższy tekst został przygotowany przez Wiesławę Rynkiewicz-Domino.

sobota, 14 marca 2015

Człowiek od brudnej roboty

Egzekucja  księcia Monmouth (domena publiczna)

Kiedy myślimy o funkcji kata, w wyobraźni widzimy postać w kapturze, gotową wykonać wyrok śmierci sprawnym uderzeniem topora. W rzeczywistości doświadczony kat nie zakładał kaptura, obowiązek ten zniesiono w XIV wieku. I choć ta niewdzięczna czynność należała do głównych jego powinności, kat miał w obowiązku także szereg innych zajęć, niezwiązanych z zadawaniem bólu i pozbawianiem życia. Wspominaliśmy już o tym w tekście dotyczącym latryn, dziś troszeczkę szerzej na ten temat. 
Niestety pozostałe prace, które mieściły się w zakresie obowiązków kata, także nie należały do przyjemnych. Zawód ten nie zaliczał się do najłatwiejszych, nie tylko ze względu na odstręczające czynności, ale jego społeczny odbiór. Infamia dotyczyła nie tylko kata, obejmowała także członków jego rodziny (jedynie we Francji zawód ten wiązał się z popularnością i poszanowaniem). Profesja ta często pozostawała w rodzinie i przechodziła z ojca na syna, który za młodu uczestnicząc w egzekucjach oswajał się z towarzyszącą jej makabrą. 
Jakikolwiek nie byłby społeczny odbiór tego zawodu, mieszkańcy świadomi byli jego wagi. Dzięki brudnej robocie tych ludzi, miasto utrzymywane było we względnej czystości. Do podstawowych zadań kata należało opróżnianie kloak i latryn. Usługa ta nie była oczywiście darmowa. Należało zgłosić ją w urzędzie burmistrza i uiścić opłatę opłatę wstępną. Po przyjęciu zlecenia, kat wystawiał właścicielowi odpowiednie pokwitowanie, a jego pomocnicy otrzymywali dodatkowe wynagrodzenie za otwarcie i zamknięcie kloaki. Czynności te, ze względu na nieprzyjemne zapachy, wykonywano jedynie nocą. Zawartość latryn ładowano do beczek i wywożono poza granice miasta. Koszty wywozu nieczystości uzależnione były od ilości beczek. Aby ujednolicić opłaty wymagano używania przez kata standardowych beczek, takich jak do przechowywania elbląskiego piwa. W XVII wieku koszt wywozu jednej beczki ekskrementów wynosił 1 florena i 15 groszy. Czynności te były kontrolowane, aby zapobiec nadużyciom ze strony kata.  Pomocnicy kata, zwani katowczykami, mieli obowiązek codziennie je czyścić (oskrobywać), aby nie zmniejszać ich pojemności. Wypełnione po brzegi beczki, oczywiście starannie zamknięte, aby zawartość nie wylewała się podczas transportu, ładowano na specjalne wozy. W Elblągu wymagano by każda fura liczyła nie mniej niż 6 pełnych beczek nieczystości. Wg rachunków elbląskiej kamlarii kat był w stanie wywieźć ok. 4 do 6 wozów odpadków w ciągu jednej nocy, co dawało ok. 3 024 - 12 600 litrów nieczystości. Wylewano je do specjalnie wykopanych dołów, najczęściej w okolicach podmiejskiej szubienicy. Opróżnianie kloak bywało pracochłonne, często na oczyszczenie jednej latryny nie wystarczała jedna noc. Przykładem może być tutaj oczyszczanie kloaki Gimnazjum Akademickiego (notabene zaniedbanej i długo nie czyszczonej), które w listopadzie 1604 roku zajęło katowi i jego ludziom aż 15 nocy. Należność za tę usługę też była niebagatelna, wyniosła ponad 64 grzywny. 
Do katowskich powinności należało także oczyszczanie miejskich rynsztoków, odbywające się raz na kwartał. Wynagrodzenie za te czynności wypłacano z kasy miejskiej, choć właściciele posesji byli zobowiązani każdorazowo płacić za tą usługę katowczykom. Dodatkowym obowiązkiem było uprzątanie nieczystości i śniegu z ulic oraz oczyszczanie tzw. skrzyń szlamowych na przepływających przez miasto rzekach. Wybierano z nich muł i śmieci, które zapychały skrzynie, pogarszając jakość wody i stwarzając zagrożenie dla zdrowia ludności.
Innym zadaniem kata było usuwanie padliny z terenów miasta i okolicznych wsi. Martwe zwierzęta wywożono poza miasto, obdzierano ze skóry (którą kat miał prawo zabrać i zapewne sprzedać) i zakopywano lub porzucano w pobliżu miejskiej szubienicy, by rozdziobały je kruki. Podobnie jak w przypadku oczyszczania latryn, za usuwanie padliny z miejsc publicznych płaciło miasto, z prywatnych parcel ich właściciele. Przy czym kwota, którą obarczano mieszkańców, była zwykle dwukrotnie wyższa (osoby przebywające czasowo w Elblągu oraz podróżni płacili cenę jeszcze wyższą). Do katowski obowiązków należało też wyłapywanie i zabijanie bezpańskich psów. Od 1687 roku były to zorganizowane akcje, odbywające się w połowie sierpnia. Jak zanotował elbląski pisarz miejski w 1707 roku, wałęsające się psy były dla miasta prawdziwą plagą. Bezpańskie psy zabijano bezpośrednio na ulicy, we wczesnych godzinach porannych. Akcja musiała zakończyć się przed godziną 7 rano, za nim w mieście zaczął się codzienny ruch. Psy, które miały swoich właścicieli, koniecznie musiały mieć obrożę. Schwytanych pupili odprowadzano do rakarni (zakładu, gdzie rakarz przechowywał lub zabijał złapane psy), gdzie właściciele mogli je odebrać po uiszczeniu niewielkich opłat. Obowiązek wyłapywania dotyczył także świń, hodowanych pokątnie przez Elblążan (choć konkretne przepisy na ten temat pojawiły się dopiero w 1773 roku).
Ostatnim obowiązkiem kata było sprzątanie miejskiego więzienia, co wiązało się z jego podstawową funkcją miejskiego oprawcy.
Łatwo się domyślić, że przy większości opisywanych tu prac, elbląski kat nie brudził sobie rąk. Pełnił raczej rolę organizatora-przedsiębiorcy na etacie, który do obowiązujących go czynności delegował swoich podwładnych. Nadzorował ich pracę i wypłacał stosowne wynagrodzenie. Kiedy zachodziła potrzeba wymierzenia sprawiedliwości "brał do ręki topór" oraz moralną odpowiedzialność za pozbawienie skazańca życia. Ktoś w końcu musiał tym grzesznym czynem ubrudzić sobie ręce.


post przygotowano na podstawie artykułu: D. Kaczora Rola kata w systemie utrzymywania czystości w Elblągu w XVII i XVIII wieku Rocznik Elbląski t. XX, 2006

środa, 4 marca 2015

Ceramika kadyńska w zbiorach elbląskiego Muzeum

Tytuł naszego bloga zobowiązuje mnie do tego, aby poruszać w nim tematy związane z Elblągiem i Starym Miastem, zatem starając się nie odbiegać za bardzo od tego założenia, chciałabym przybliżyć Państwu zagadnienie ceramiki kadyńskiej, którą można oglądać w elbląskim Muzeum. Jest to obecnie największa kolekcja w Europie, należąca do Edwarda Parzycha.

Historia ceramiki kadyńskiej sięga 1898 roku, kiedy to król Prus i cesarz Niemiec Wilhelm II von Hohenzollern przejął zadłużone dobra kadyńskie, położone na Wysoczyźnie Elblaskiej nad Zalewem Wiślanym i należące wcześniej do starosty Artura Birknera i jego brata Johna Ericha. Kadyny stały się prywatną własnością cesarza, do której przyjeżdżał z rodziną na wakacje, odpoczynek w czasie podroży i polowania. Cesarz jednak zamierzał stworzyć w tym miejscu warsztat, w którym wykonywano by ceramikę szlachetną*.


Kadyny, rezydencja cesarska (fot. ze zbiorów Z. Zajchowskiego)

Talerz z motywem rydwanu, po 1910 r. (fot. R. Korsak)


Początkowo była to mała manufaktura, w której cesarz - właściciel i wielki miłośnik stylów historycznych, aż do wybuchu I wojny światowej miał decydujący wpływ na to, co zostało wyprodukowane. Wytwarzano tu przedmioty artystyczne, wzorowane na antycznych wyrobach greckich i etruskich, a także naśladownictwa majoliki włoskiego renesansu. Wzorowano się na wytwórniach italskich ośrodków ceramicznych (Faenza, Urbino, Gubbio, Castel Durante, Cafaggiolo, Deruta i in.), a także samych wyrobach majolikowych Luca delia Robbii, Donatella i Rosalina. Ceramikę architektoniczną projektowali nie tylko znani artyści rzeźbiarze, malarze, ale również sami architekci, których dzieła zdobiły później wnętrza, elewacje budynków i mosty, m.in. Bank Rzeszy w Gdańsku (dzisiejszy Bank Narodowy), willę Patschkego, kościół Chrystusa Pana w Gdańsku-Wrzeszczu... 

Wnętrze kościoła w Kadynach (nieistniejącego), (fot. ze zbiorów Z. Zajchowskiego)
Wilhelm II inspirował i finansował architektoniczne realizacje w wykorzystaniem ceramiki kadyńskiej w samych Kadynach. Na życzenie cesarza większość budynków użyteczności publicznej, jak poczta, przystanek kolejowy, wieża ciśnień, została wykonana według projektów zainspirowanych architekturą zamku malborskiego. Uwagę zwracał również ewangelicki kościół, który, podobnie jak większość architektonicznych realizacji, nie zachował się do naszych czasów.

Już od końca XIX wieku, obok historyzmu i naturalizmu, widoczny był zwrot ku patriotyzmowi i tradycjonalizmowi. Przejawiało się to również w zmianie asortymentu; z tego okresu mamy plakiety i popiersia Wilhelma II i jego żony Augusty Victorii, biust Fryderyka Wielkiego, dzbany z orłem i amforę z fryzem z triumfalnym pochodem cesarza Wilhelma II. Zaczęto także próbować sił w plastyce zwierzęcej, wzorowanej na figurkach wykonanych w technice brązu, a wykonywanych w dwóch wersjach: majolikowej i kamionkowej, przykładem są m.in. prace H. Splietha, artysty działającego również w Elblągu. 



E. Lucks, popielniczka z kaczką, przed 1933-44 (fot. R. Korsak)
Najtrudniejsze dla kadyńskiej wytwórni były lata tuż po zakończeniu działań wojennych, gdy Wilhelm II został zmuszony do abdykacji i udał się na wygnanie do Holandii, z której, choć w mniejszym stopniu, nadal decydował o kierunkach produkcji. Od 1918 roku dyrektorem Warsztatów Majoliki został Wilhelm Dietrich, a kierownikiem malarni Gustav Liedtke.
Zanim jednak nastąpiły generalne zmiany, nadal produkowano naczynia stylowe oraz takie, które były początkowo wręczane weteranom wojennym w podzięce za ich postawę patriotyczną, czyli tutki do papierosów, popielniczki, kasetki na papierosy, dzbany na wino i kubki, oprawiane u złotnika. W latach 20. XX wieku stały się one przedmiotem handlu, zaczęto wstawiać je do sklepów złotniczych, jubilerskich i zegarmistrzowskich.
W latach 20. rozpoczęto produkcję kopii XVIII-wiecznych pieców gdańskich i elbląskich, na które był duży popyt po latach wojny. Kafle wykonywano w formach mechanicznych, ale zdobiono je ręcznie. Przykład takiego pieca można zobaczyć na wystawie w elbląskim Muzeum.



Kopia pieca XVIII-wiecznego, wykonanego w Kadynach w 1923 roku, (fot. archiwum MAH)


Lata 20. XX wieku to był czas intensywnego poszukiwania własnego stylu warsztatów. Po licznych eksperymentach technologicznych, pojawił się nowy asortyment naczyń z zestawem barw: blau-rot-gold (błękit-czerwień-złoto), co stało się charakterystyczną kolorystyką dla wytwórni kadyńskiej. W tym czasie produkowano również naczynia kamionkowe, łączone z płytkami bursztynowymi.
W latach 30. szczególnie popularne były naczynia ozdobione ornamentem maswerkowym we wspomnianej palecie barw, choć z czasem kobalt zaczęto zastępować bielą kryjącą. W okresach chwilowego braku koniunktury stosowano zamiennie barwnik biały i szary w miejscach złoceń.
Zainteresowanie stylem Art déco w Warsztatach Majoliki było związane z dążeniem do upraszczania form i kształtowania ich tak, aby były jak najbardziej funkcjonalne. Charakterystyczną formą były wówczas tzw. "kwoki", dzbany produkowane w różnych wersjach kolorystycznych: niebieskiej, żółtej oraz typowej dla „kadyn”, czyli blau-rot-gold.

Dzbany typu "kwoka", po 1930-44, (fot. R.Korsak)


W późnych latach 30., gdy naziści doszli do władzy, produkcja kadyńska została podporządkowana propagandzie (podobnie jak wiele innych niemieckich zakładów). 

Działalność Wytwórni Kadyńskiej dobiegła końca wraz z zakończeniem II wojny światowej i wysiedleniem niemieckiej ludności. Po zakładzie zostały dobrze zachowane budynki oraz linia technologiczna z piecami. W latach 50. przeniesiono tu z Tolkmicka Bałtyckie Zakłady Ceramiczne, ale dopiero w 1957 roku zakład kadyński ożył dzięki grupie artystów plastyków.
Pod koniec lat 60. podjęto próbę uruchomienia wytwórni specjalizującej się tym razem w wykonywaniu nietypowych elementów ceramicznych, niezbędnych przy konserwacji obiektów zabytkowych. W latach 70. postanowiono zamknąć zakład ze względu na wyczerpanie się pokładów wysokoplastycznej gliny oraz zły stan pieców, ale po przeprowadzeniu kapitalnego remontu, ponownie uruchomiono produkcję, wytwarzając kształtki, płytki i cegłę. W tym samym czasie zaczęto także organizować plenery artystyczne. Do lat 80. kontynuowano produkcję ceramiki budowlanej. Wraz z prywatyzacją gdańskich PPPKZ upadły także Kadyny; dawną wytwórnię skomunalizowano, a w roku 1996 gmina Tolkmicko sprzedała w ręce prywatne. W ten sposób zakończyły się losy kadyńskiej wytwórni.



Obecnie ceramika kadyńska jest obiektem zainteresowań i poszukiwań wielu kolekcjonerów, osiągając często wysokie ceny. Jednak ci, którzy nie planują zakupu, a chcą jedynie obejrzeć efekt działań przedwojennych artystów, tworzących w Kadynach, mogą to zrobić właśnie w Muzeum w Elblągu, w Budynku Gimnazjum :)


* Od 1900 roku zaczęto badać przydatność glinki kadyńskiej w laboratorium KPM (Königliche Porzellan Manufaktur) w Berlinie oraz w Zawodowej Szkole Ceramicznej w Bolesławcu, do której wysłano na szkolenie garncarzy z Tolkmicka, mających później zasilić nowo tworzony wówczas warsztat terakoty i majoliki. W Bolesławcu zapoznano się z technologią odlewu ceramicznej masy lejnej w gipsowych formach. Taką technikę stosowano później prawie powszechnie w Kadynach.

Bibliografia:
B. Pospieszna Ceramika kadyńska w zbiorach Edwarda Parzycha, Elbląg 2012.
M. Stanasiuk Cesarska wytwórnia majoliki artystycznej w Kadynach w latach 1905-1945 [w:] Rocznik Elbląski, t. XVII, 2000, s. 151-170.

poniedziałek, 23 lutego 2015

Pionki nowożytnych gier z elbląskich badań

Wśród licznie odkrywanych, głównie w elbląskich latrynach, przedmiotów datowanych na okres od XVI do początków XIX wieku niezbyt dużo jest takich, które są świadectwem uprawianych przez mieszkańców nowożytnego miasta gier i zabaw. Co ciekawe, znacznie więcej takich przedmiotów odkrywano dotychczas w warstwach datowanych od XIII w. do XV w. Trudno jest określić przyczynę tego zjawiska. Czy świadczy to o znacznie większym oddawaniu się grom i zabawom średniowiecznych elblążan, czy jedynie jest to dosyć przypadkowe?
Być może do gry w warcaby lub do innej gry planszowej służył kościany krążek o średnicy 40 mm z otworem w środku, ozdobiony dwoma rytymi liniami. Na podstawie kontekstu odkrycia należy go datować najwcześniej na XVIII w., być może nawet na jego drugą połowę. 

pion do gry z 2. poł. XVIII w.
(Archiwum MAH)

Prawdopodobnie znacznie bardziej popularna była gra w domino. Dwie z odkrytych kości domina pochodzą prawdopodobnie z jednego kompletu. Świadczą o tym ich identyczne wymiary (21,5 x 38 mm, 23 x 38 mm) oraz identyczna technika wykonania. Jedna z tych kości miała układ oczek 5:5, druga 5:8. Trzecia kostka o szerokości 18,5 mm i długości 40 mm miała układ oczek 1:9, czwarta to - to układ oczek 1:1. 
Na obecnym etapie trudno jest określić, czy są to wyroby rzemieślników miejscowych, czy też zostały przywiezione do Elbląga z innych ośrodków.

"Elbląskie" kości do gry w domino
(Archiwum MAH)

Również dosyć tajemnicze jest pochodzenie gry (z wyjątkiem kraju, w którym powstała) i początek jej znajomości w Europie. O różnych legendach i poglądach na temat czasu powstania tej gry można przeczytać również sieci, na HistMag.org. W większości opracowań dotyczących gier najczęściej przyjmuje się, że krajem pochodzenia domina są Chiny, ale już okres powstania nie jest w pełni wyjaśniony. Także czas dotarcia domina do Europy nie jest znany. Niektórzy przypuszczają, że mogła ona tu trafić już w XIII w., oczywiście przywieziona z Chin przez Marko Polo, ale trudno dociec na jakiej podstawie te przypuszczenia są wysnuwane, ponieważ brak jest dotychczas dowodów, że gra ta znana była w Europie już w tym okresie. 
Jest natomiast pewne, że domino staje się popularne w XVII i XVIII w. W oryginalnym dominie komplet kości składał się z zestawu 21 kości oznaczonych oczkami w ilości od 1 do 6. W krótkim czasie ilość kostek wzrosła do 28 poprzez dodanie 7 czystych. Warianty z większą ilością oczek (7, 8 i 9) są modyfikacjami, które rozpowszechniły się później. Biorąc pod uwagę kontekst znalezienia oraz powyższe spostrzeżenia na temat rozwoju gry, kości domina odkryte w Elblągu można datować ogólnie na XVIII wiek. 
Z opracowanych przez Andrzeja Grotha elbląskich ksiąg cła palowego można się dowiedzieć, że do Elbląga drogą morską przywożono karty do gry. Ich dostawy zawijały do elbląskiego portu w przynajmniej w roku 1585, 1607, 1653, 1657, 1675, 1686. Jednak ich nietrwałość jest prawdopodobnie przyczyną tego, że jak dotychczas nie zostały one odkryte w "archeologicznych skarbonkach" Elbląga....



Podczas pisania wykorzystano:

E. Glonnegger, Leksykon gier planszowych. Geneza, zasady i historia, Warszawa 1997.
W. Endrei, L. Zolnay, Fun and Game In Old Europe, Budapest 1986.
A. Groth, Statystyka handlu morskiego portów Zalewu Wiślanego w latach 1581-1712, Wrocław-Warszawa-Kraków 1990

środa, 18 lutego 2015

O miłości i innych demonach

W minioną sobotę przypadł Dzień Świętego Walentego, święta budzącego zawsze wiele emocji. Młode pary wyczekują go niecierpliwie (szczególnie damska strona), inni precyzyjnie planują jego oprawę, część stara się ignorować, a niektórzy upatrują w nim  nawet przejaw indoktrynacji Zachodu. Pomijając wątek Św. Walentego - obrońcy osób ciężko chorych i niepełnosprawnych - od kiedy właściwie istnieją Walentynki? Oczywiście dłużej niż mogłoby nam się zdawać. 
Święto to jest obchodzone w krajach południowej i zachodniej Europy od czasów średniowiecza. Pozostała część kontynentu przyłączyła się do tej zabawy troszkę później. Samuel Pepys w swoim dzienniku wielokrotnie opisuje jak dzień ten celebrowano. Dobierano się w pary, często drogą losowania, wybierając odpowiednio: mężczyźni swoją Walentynę, a kobiety swego Walentego. Nie obywało się bez drobnych upominków, a kończyło zakrapianą biesiadą i tańcami do białego rana. Choć opis ten tyczy się czasów nowożytnych, dzięki zachowanym źródłom pisanym możemy sądzić, że forma zabawy w średniowieczu była podobna. Obchodzenie tego święta jest jak widać głęboko zakorzenione w europejskiej tradycji. Jednak status samej miłości, jako pojęcia w czasach średniowiecza, jest kwestią bardziej skomplikowaną.

Pugilares, XV wiek, Stare Miasto Elbląg (fot. A. Czuba)
Przestawienie wytłoczone na skórzanym pugilaresie świetnie obrazuje propagowaną w tym okresie ideę miłości. Uczucia czystego i miłego Bogu, z jednoczesnym napiętnowaniem jego cielesnego aspektu. Przykładów na temat damsko-męskich stosunków, nie do końca zgodnych z nauką Kościoła, jest wiele, choćby w XIV-wiecznym dziele Boccaccia - Dekameronie. Opowieść czwarta pt. Ciężki grzech, opisuje historię mnicha, który dopuścił się cudzołóstwa. Mnich kary uniknął, przyłapując przeora na tej samej przewinie. Mężczyznom zwykle wybaczano słabość w nieposkromieniu żądz, kobiety w tej kwestii musiały liczyć się z silnym społecznym ostracyzmem.
O tym, że cielesne uciechy nie były obce ludziom średniowiecza świadczą też odnajdywane na stanowiskach archeologicznych przedmioty o zabarwieniu stricte erotycznym. Niektóre z nich to małe, cynowe lub ołowiane plakietki, kojarzone zwykle z ruchem pielgrzymkowym. Najczęściej przedstawiają postacie świętych patronujących danym ośrodkom, jest jednak grupa tego rodzaju zabytków o ikonografii raczej mało świętobliwej. Warto pamiętać, o czym pisaliśmy już w poprzednich postach, że średniowieczne pielgrzymki były rodzajem ówczesnej turystyki, a ofertę dostosowywano do gustów odbiorców.

Plakiety średniowieczne: 1.Arnemuiden (1425-75) [źródło: www.differentvisions.org], 2. Brugia (1375-1450), 3. Vlaardingen (1375-1450) [źródło: www.jalc.nl]
Na terenie Elbląga dotychczas takich plakiet nie odnaleziono, nie dowodzi to jednak pruderii jego mieszkańców. Za przykład posłużyć może odnalezione podczas badań, na terenie mieszczańskiej parceli przy ul. Rzeźnickiej, naczynie o charakterystycznym kształcie. Trudno odgadnąć jego przeznaczenie. Mogło być naczyniem zawierającym eliksir wspomagający potencję lub po prostu zabawnym przedmiotem służącym rozrywce. Wykonano go najprawdopodobniej w jednym z nadreńskich, czeskich lub niderlandzkich warsztatów, specjalizujących się w wytwarzaniu szkła. Podobne naczynia, wykonane również z gliny, znane są ze stanowisk archeologicznych w Zachodniej Europie.

Naczynie w kształcie fallusa, XV/XVI wiek [Elbląg, Stare Miasto] (fot. archiwum MAH)
Miejscem najbardziej sprzyjającym frywolnym kontaktom towarzyskim były łaźnie. Atmosfera relaksu i swoboda panująca w łaźniach czyniła z nich popularne miejsce schadzek kochanków oraz świadczenia seksualnych usług. Istnieje wiele źródeł ikonograficznych przedstawiających pary kochanków, którym towarzyszom osoby postronne: muzycy, obsługa dostarczająca przekąski i napoje oraz inni użytkownicy łaźni.

Miniatura z Factorum Dictorumqe Memorabilium ok. 1475 [domena publiczna]
Władze kościelne i świeckie musiały pogodzić się z istnieniem zjawiska prostytucji. Zauważył to już w swoich rozważaniach św. Tomasz z Akwinu twierdząc, że "prostytucja należy do społeczeństwa jak kloaka do najwspanialszego pałacu [...] gdyby się ją usunęło, cały pałac zacząłby cuchnąć" [Tomasz z Akwinu Opuscula, XVI, Paryż 1975, s. 14]. Domy publiczne działały oficjalnie w większości miast, wydawano na nie specjalne koncesje, a zyski z nierządu zasilały miejskie kasy. Nadzór nad tego rodzaju usługami sprawował kat, a prawo do wykonywania zawodu miały tylko koncesjonowane prostytutki. Korzystanie z ich usług raczej nie było postrzegane jako coś zdrożnego i nagannego. Dostrzegano w nich szanse zapewnienia bezpieczeństwa na ulicach porządnym kobietom i córkom mieszczan.
Epoce średniowiecza i nowożytności nieobce było także pojęcie pornografii. Choć słowo to, pochodzące z greckiego, weszło do języka zachodniej Europy dopiero w XIX wieku, przykładów sprośnych przedstawień jest wiele. Pojawiają się one na rycinach, przedmiotach użytkowych, kaflach, flizach a nawet formach cukierniczych.

Kafel malowany, XVIII wiek (fot. archiwum MAH)
Forma do pierników, 2. połowa XVII wieku (fot. archiwum MAH)
Niektóre z tych przedstawień są bardzo dosłowne, inne dyskretnie wieloznaczne jak obraz Gerarda Terborcha ukazujący rzekomo scenę domową, w rzeczywistości mogący przedstawiać miłosną transakcję. Dwuznaczność sceny ukazanej na obrazie nie umknęła uwadze znakomitego polskiego poety i eseisty Zbigniewa Herberta, który określił ją mianem "paradoksu, polegającego na wpisaniu moralnie nagannego zdarzenia, w nienaganne, przesycone cnotą i szlachetnością dekoracje". 

Gerard Terborch Ojcowskie napomnienie 1654 [domena publiczna]


Zainteresowanych tematem, który tutaj z braku miejsca potraktowano dość pobieżnie, odsyłam do lektury:
P. Dufour Prostitution and sexuality in medieval England Oxford 1996
J. Rossiaud Prostytucja w średniowieczu Warszawa 1997
Hisoria prostytucji. Od czasów najdawniejszych do XX wieku Gdynia 1998
R. Mazo Karras Seksualność w średniowiecznej Europie Warszawa 2012


wtorek, 10 lutego 2015

O średniowiecznym warsztacie złotnika. Przygotowanie surowców.

Mnich Teofil podaje też metody czyszczenia srebra potrzebnego do wyrobu określonych przedmiotów. Do glinianej czarki należało wsypać przesiany popiół, do którego dolewało się wody i rozprowadzało cienko wewnątrz naczynia i suszyło nad ogniem. Po wysuszeniu, czarkę stawiało się naprzeciw otworu pieca, tak, aby wiało na nią powietrze z miecha i dokładało trochę węgli, dmuchając aż się rozżarzy. Następnie wkładało się do czarki srebro, na wierzch trochę ołowiu, a na to jeszcze rozżarzone węgle aby ołów się roztopił. Dmuchając, odsuwało się ołów, ale gdy srebro nie było jeszcze czyste, czynność powtarzało się, aż do momentu, gdy można było zauważyć, że srebro kipi i pryska - wiadomo było wtedy, że cyna i mosiądz jeszcze były z nim zmieszane. Należało więc połamać niewielki kawałek szkła i wrzucić go na srebro, dodać ołowiu, położyć na to węgle i mocno dmuchać. Po odsunięciu pozostałości szkła i ołowiu, kładło się żagiew (czyli hubę) i powtarzało się czynność tak długo aż srebro stawało się czyste.
Po zakończeniu przygotowań, srebro należało roztopić - w tym celu wkładało się je do tygielka, a gdy się trochę roztopiło, dosypywało się do niego trochę soli i natychmiast trzeba było przelać je do okrągłej formy, która powinna być podgrzana nad ogniem razem z roztopionym w niej woskiem. Jeśli srebro nie miało odpowiedniej jakości, topiło się je ponownie aż stawało się odpowiednie. Dodatkowo należało też przygotować roztwór z czystych drożdży oraz soli, w którym będzie się ono studziło po każdym rozgrzaniu.

Niello.
Popularną metodą zdobienia przedmiotów metalowych, stosowaną w złotnictwie, było niello. Polegała ona na wypełnianiu wzoru wyrytego w metalu pastą wykonaną z siarczków srebra, miedzi i ołowiu, którą następnie polerowało się w celu uzyskania granatowego lub czarnego koloru, kontrastującego z tłem. Mnich Teofil proponował przygotować czyste srebro i podzielić je na dwie części jednakowej wagi i dodać trzecią część czystej miedzi. Po wrzuceniu ich do tygielka, powinno się odważyć tyle ołowiu, ile wynosi połowa miedzi, którą dołożyło się do srebra, a następnie do miedzianego naczynka kruszyło się drobno siarkę, wrzucało ołów, a pozostałą ilość siarki wsypywało się do drugiego tygielka. Po stopieniu się srebra z miedzią konieczne było zamieszanie tych składników równo kawałkiem drewna i natychmiastowe wlanie do niego ołowiu oraz siarki z miedzianego naczynia, powtórne mieszanie węglem i szybkie napełnienie tygla z umieszczoną w nim siarką. Otrzymaną substancję trzeba było rozklepać, włożyć z grube naczynie, nalać wody i bardzo drobno rozkruszyć. Po wysuszeniu, uzyskanym proszkiem napełniało się gęsie pióra, brało fragment gumy o nazwie parahas i ucierało z wodą w tym samym naczyniu, aby woda trochę zmętniała.
Miejsce, które zamierzało się poczernić, najpierw nawilżało się wodą, a później wytrącało z pióra starte niello dopóki nie pokryło się danej powierzchni. Następnie należało doprowadzić do ponownego roztopienia niella, obkładając naczynie rozżarzonymi węglami.

Przykład kielicha zdobionego w technice niello, 2. połowa XII wieku,
źródło: http://www.ganoksin.com/borisat/nenam/nillo-work-10-1.htm

Oczyszczanie złota.
Aby je otrzymać należało wziąć jakiekolwiek złoto i kuć tak długo dopóki nie otrzymało się z niego cienkiej płytki o szerokości trzech palców i maksymalnej długości. Kolejną czynnością było wycięcie z niej części i równej długości i szerokości, położenie jedna na drugiej i przewiercenie cienkim pilnikiem. Następnie brało się dwa tygle, kruszyło glinę, rozdzielało na dwie części, dodając trzecią część soli, a także mocz i mieszało tak, aby się do siebie nie przyklejały. Następnie trzeba było nałożyć trochę tej mieszaniny w jeden tygiel, potem jedną część samego złota, znowu tę mieszankę i złoto - w ten sposób, żeby jedna warstwa nie stykała się z drugą. Wypełniało się naczynie aż po brzegi, przykrywało innym od góry, obkładało się gliną i suszyło na ogniu.
W międzyczasie przygotowywało się piec z kamieni i gliny, o wysokości dwóch stóp; w środku umieszczało się kamienie, a na nich naczynia ze złotem, a następnie okrywało innymi garnkami. Pozostawiało się je na ogniu przez całą noc, rano ponownie roztapiało się złoto, rozklepywało i wkładało do pieca tak, jak poprzednio. Pod upływie dnia i nocy wyjmowało się je, dodawało miedzi i znowu wkładało do pieca. Za trzecim razem należało uzyskane złoto umyć i wysuszyć, pozaginać i tak przygotowane zachować.

Niestety, nie dysponujemy zabytkami wykonanymi ze srebra lub złota, pochodzącymi z wykopalisk na Starym Mieście, dlatego dziś wyjątkowo zaprezentuję obiekty odkryte na terenie osady Truso.


Złoty pierścień, X-XI wiek, wymiary 2,1 x 2,3 x 2,25 cm, blacha o grubości 1 mm; fot. M. Bogucki

Srebrny pierścień, który umieszczony był wewnątrz medalionu skomponowanego z dwóch rozdzielaczy pasa,
około połowy X wieku, wymiary 1,1 x 0,14 x 3,3 cm, fot. L. Okoński.




Post powstał na podstawie: dzieła Mnicha Teofila Teofila kapłana i zakonnika o sztukach rozmaitych ksiąg troje, natomiast zdjęcia pochodzą z katalogu Truso. Między Weonodlandem a Witlandem autorstwa M .F. Jagodzińskiego.


wtorek, 3 lutego 2015

"Tulipan a sprawa europejska"

Na malowanych talerzach fajansowych w XVII i XVIII wieku bardzo często spotykanym motywem dekoracyjnym jest kwiat tulipana. Spotykamy go zarówno na wyrobach importowanych i na tych wytwarzanych przez miejscowych garncarzy. Lokalni rzemieślnicy przyjęli modę "na tulipany" zapewne za pośrednictwem wyrobów przywożonych przede wszystkim z terenu dzisiejszej Holandii.
Stosowanie do zdobienia wyrobów garncarskich tulipanów jest wyrazem swoistego uwielbienia tych kwiatów przez ówczesnych europejczyków, zjawiska określanego niekiedy nawet tulipomanią (takiego, bardzo trafnego określenia użył Zbigniew Herbert w książce "Martwa natura z wędzidłem" - na jej podstawie powstał ten post), po holendersku to tulpenwoede, czyli mania tulipanowa..




Pierwszy raz Europejczycy zapoznali się z tym kwiatem około połowy XVI wieku, kiedy to został on po raz pierwszy przywieziony z Imperium Otomańskiego przez posła austriackiego na dworze Sulejmana Wspaniałego w Konstantynopolu, który nazywał się Ogier de Busbecq.



Wkrótce cebulki tulipana, różnych jego odmian stały się źródłem bogactwa, ale również i krachu finansowego wielu ludzi, przedmiotem spekulacji, szczególnie w Holandii. 
Pierwsze udokumentowane objawy "umiłowania" tulipanów pochodzą już z początku XVII wieku, z Francji. W roku 1608 za jedną cebulkę rzadko spotykanej odmiany pewien malarz oddał swój młyn. Niekiedy cały posag to właśnie sadzonka tulipana. Gdzieś indziej za cebulkę tulipana został oddany cały browar...


Około połowy XVII wieku w Holandii znanych jest kilkaset odmian tulipana, których nazwy brzmią bardzo różnie, np.: "Szmaragd", "Królewski agat", "Diana", "Arlekin", "Pstry", "Dziewica", "Król". Jednak tym najbardziej cenionym był "Semper Augustus", który kosztował pięć tysięcy florenów, czyli równowartość domu z rozległym ogrodem. Niekiedy za cebulki płacono w naturze. I tak, cebulka tulipana o nazwie "Wice-Król", jego nabywcę kosztowała: dwa wozy pszenicy, cztery wozy żyta, cztery tłuste woły, osiem tłustych świń, dwanaście tłustych owiec, dwie beczki wina, cztery baryłki przedniego piwa, tysiąc funtów sera, łóżko, ubranie i srebrny puchar.
Nie ma się co zatem dziwić, że gorączka tulipanów ogarniała całe Niderlandy. Tym bardziej, że bardzo szybko rozchodziły się pogłoski o zdobywanych wielkich fortunach, jak np. o mieszkańcu Amsterdamu, który mając jedynie mały ogródek dorobił się w ciągu czterech miesięcy 60 000 florenów.


Kres tego szaleństwa przyszedł w 1637 roku. W kwietniu tegoż roku Stany wydały dekret, który anulował spekulacyjne umowy, a także ustalał maksymalną cenę za cebulkę tulipana na 50 florenów.
Znacznie dłużej tulipany były jednym z ulubionych motywów dekoracyjnych malowanych na naczyniach ceramicznych. W przypadku wyrobów lokalnego rzemiosła były malowane jeszcze na początku XIX wieku.
Dziś tulipana możemy kupić w każdej kwiaciarni za kilka złotych...

Źródło: http://www.auta24.com/holandia-samochody-do-wynajecia