piątek, 26 sierpnia 2016

Chiny w Elblągu

W XVII wieku rozpowszechnia się w całej Europie nowy zwyczaj picia popołudniowych herbatek. Wcześniej herbata była znana europejczykom przede wszystkim jako środek leczniczy. Wraz z upowszechnianiem się naparu z liści herbacianych coraz większym zainteresowaniem cieszyły się również naczynia służące do picia tego napoju. Uznanie zdobyła porcelana, której produkcji jeszcze nie udało się odkryć, jak również malowane na powierzchniach naczyń dekoracje w stylu dalekowschodnim. Były one obce kulturze europejskiej, tajemnicze, a przez to pożądane.

W tym czasie handlem zarówno herbatą, jak i porcelaną dalekowschodnią zajmowało się przede wszystkim niderlandzkie Zjednoczenie Kompanii Wschodnio-Indyjskiej (powstałe w 1602 roku), a nieco później Angielska Wschodnia Kompania Indyjska (zawiązana w 1600 roku).

Prowadzone w Elblągu wieloletnie badania wykopaliskowe dostarczyły bardzo dużą liczbę przedmiotów (lub ich fragmentów) wykonanych z różnych surowców, pochodzących z różnych regionów przede wszystkim Europy. Wśród tej ogromnej liczby są również fragmenty naczyń wykonane z porcelany dalekowschodniej (odnalezione, jak większość elbląskich artefaktów, w latrynach). Są one przykładem tego, że elblążanie podążali za modą europejską, a wyposażenie elbląskich kamienic było takie same jak np. w Niemczech, Holandii, Anglii.

Najstarszymi chińskimi wyrobami porcelanowymi odnalezionymi dotychczas na Starym Mieście są stosunkowo nieliczne naczynia określane jako kraak porcelain, datowane na 1. połowę XVII wieku. Zostały one wykonane w najsłynniejszym ośrodku produkcji porcelany w Jingdezhen, w prowincji Jiangxi, w okresie panowania cesarza Wanli (1573-1619), z dynastii Ming. Przykładem takiego naczynia może być wysoka czarka zdobiona na zewnętrznej powierzchni dekoracją przedstawiającą kaczkę w krajobrazie nadwodnym, z wysokimi trawami i insektami. Wewnątrz, w lustrze, namalowany został ptak na skale.


Najliczniejszą grupę tworzą naczynia biało-niebieskie okresu dynastii Qing. Są to typowe chińskie naczynia porcelanowe, używane w kraju pochodzenia i innych częściach Azji do codziennych potrzeb, jaki miski do ryżu, miski z pokrywką do zupy, małe spodki na marynaty i konfitury, czarki do wina i herbaty, czajniczki, itp. Część z nich powierzchnię zewnętrzną ma pokrytą brązową angobą lub brązowym szkliwem. Te "brązowe" były eksportowane na rynki europejskie najczęściej z Batawii (dziś Dżakarta), dlatego też w Europie naczynia te określane są jako w stylu Batavia.


Wśród elbląskich naczyń z porcelany chińskiej zostały zidentyfikowane jeszcze wyroby w stylu chińskiego Imari, familie rose (Yangcai) oraz Imari rouge-de-fer. Jednak o tych naczyniach w tym poście już nic więcej nie będzie. Tym krótkim tekstem chcę bowiem zachęcić naszych Czytelników do nabycia pod koniec bieżącego roku książki, wraz z katalogiem, pod tytułem "PORCELANA DALEKOWSCHODNIA Z BADAŃ ARCHEOLOGICZNYCH NA STARYM MIEŚCIE W ELBLĄGU". Jej autorami są Barbara Pospieszna i Mirosław Marcinkowski. Będzie to pierwsze w polskiej literaturze fachowej i jedno z pierwszych w Europie opracowań naczyń z porcelany dalekowschodniej pochodzącej z badań wykopaliskowych. Będący częścią tego wydawnictwa katalog oprócz prezentacji poszczególnych naczyń, będzie zawierał bardzo cenne dla czytelnika informacje tłumaczące obecność i znaczenie motywów dekoracyjnych.

Na realizację tego zadania Muzeum Archeologiczno-Historyczne w Elblągu uzyskało dofinansowanie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.



Post powstał na podstawie:
B. Pospieszna, Ceramika dalekowschodnia z badań archeologicznych na Starym Mieście w Elblągu, "Szkło i Ceramika", nr 1/2015, s. 20-24.

czwartek, 11 sierpnia 2016

Stobbes Machandel

Pod nazwą Stobbes Machandel kryje się nie tylko nazwa napoju, ale również bogata historia mennonickiej rodziny, która pojawiła się na Żuławach Wiślanych i od 1776 roku rozpoczęła produkcję trunku, który do tej pory cieszy podniebienia miłośników mocniejszych wrażeń ;) Choć nie jest to historia ściśle związana z Elblągiem, to jednak w materiale archeologicznym można znaleźć jej ślady w postaci charakterystycznych dla tego napoju beczułkowatych butelek. 

HEINR. STOBBE TIEGENHOF, EM/V/155 (ul. Linki 23), fot. JF
Historia tego trunku zaczyna się w Nowym Dworze Gdańskim, gdzie już w XVIII wieku znany był likier jałowcowy o nazwie "Machandel 00", o mocy 38 %, sprzedawany we flaszkach o charakterystycznym kształcie beczki (o pojemności 0,25 l i 0,5 l). Jego produkcją zajęła się rodzina o nazwisku Stobbe, otrzymując dość szybko całkiem niezły dochód z tej działalności. Z biegiem czasu sława nalewki i tego niewielkiego wówczas miasteczka zaczęła sięgać coraz dalej. Jednocześnie rodzina Stobbe rozrastała się, a jeden z jej potomków osiadł w Elblągu, a dokładniej tuż za murami miasta, i rozpoczął produkcję machandla. Najprawdopodobniej elblążanie byli bardzo zadowoleni z tego faktu, ponieważ miejsce, gdzie powstawał ten trunek nazwano Stobbes Eck (Róg Stobbego). Był to wydzielony fragment Złodziejskiej Grobli, a obecnie jest to ul. Królewiecka.

Stobbes Eck, miejsce destylacji i degustacji machandla w Elblągu.
Źródło: http://www.aefl.de/ordld/AK-Tiegenhof/tiegenhof2/tiegenhof.2.htm
W połowie XIX wieku, w wyniku małżeństwa i połączenia kapitału dwóch rodzin, właścicielem elbląskiej wytwórni wódek stał się Aaron Wiebe, który nadal produkował "Machandel 00", ale już pod swoim nazwiskiem. Wywołało to spore oburzenie wśród rodu Stobbe, co w efekcie doprowadziło do procesu o ustalenie prawa do marki wyrobu. Odbył się on przed cesarskim trybunałem wykonawczym w Berlinie i zakończył na korzyść rodziny Stobbe, jednak A. Wiebe nie zrezygnował z produkcji likieru, a jedynie z nazwy i charakterystycznej butelki.
Jałowcowy trunek sprzedawany był na Rogu Stobbego w Elblągu do 1945 roku, czyli do momentu wkroczenia Armii Czerwonej na Żuławy i konfiskacji własności zakładu. Ówczesny właściciel firmy, Bernhard Stobbe został aresztowany i wysłany za Ural, a po 4 latach więzienia wyjechał do Oldenburga. Szczęśliwie ocalała dokumentacja produkcji napitku, dzięki czemu wznowiono ją w 1951 roku, a w 1970 firmę Stobbego przejęła niemiecka wytwórnia G.Vetter.
Dzisiaj można zakupić machandel z oferty firmy Marken Horst Osnabrück.


Reklama wytwórni,
źródło:C. Pudor, Reisebucher von Anno dazumal. Elbing und Umgebung. Reprint von 1910, Leer, 1989.
Podobno picie machandla wymagało pewnego rytuału i specjalnego kieliszka, do którego wkładało się suszoną śliwkę nabitą na wykałaczkę. Po zjedzeniu śliwki nasączonej alkoholem, wypijało się trunek, a następnie łamano wykałaczkę i pozostawiano w kieliszku. Jednak, według pewnych źródeł, w Nowym Dworze Gdańskim jałowcówkę pijało się prosto z baniaków lub z cukrem, z dużych kufli. Wódkę można było pić na ciepło, dlatego często kupowano ją w dużych gąsiorach i dawano pracującym w polu na ... wzmocnienie (zachowane są źródła, w których wypisano racje żywnościowe dla robotników i wódka miała tam swoje stałe miejsce).

http://www.inyourpocket.com/gdansk/Lost-traditions-rediscovered_71233f#&gid=1&pid=3
Podobno obecnie ten likier jest dostępny w restauracji Pod Kogutem przy ul. Wigilijnej. Zatem chętni mogą sprawdzić, czy to rzeczywiście prawda ;)

Źródła:
http://www.aefl.de/ordld/AK-Tiegenhof/tiegenhof2/tiegenhof.2.htm (zdjęcie)
http://www.inyourpocket.com/gdansk/Lost-traditions-rediscovered_71233f#&gid=1&pid=3
http://www.jakmalowany.pl/zulawskiej-jalowcowki-smak
http://www.truso.republika.pl/page4649818614799b4c820faa.html

poniedziałek, 18 lipca 2016

Gdzie się podziały elbląskie srebra?

Początki cechu

Pierwsze wzmianki o elbląskim cechu złotników pochodzą z 1385 roku z Elbląskiej Księgi Wojennej, gdzie wymienia się ich pośród 18 innych zrzeszeń rzemieślniczych, funkcjonujących w mieście. Na tej podstawie możemy twierdzić, że już w XIII wieku w Elblągu zajmowano się tą profesją. Inna wzmianka pochodzi z 1409 roku, kiedy cech zobowiązano do wsparcia wojskowego w sile dwóch łuczników i dwóch zbrojnych. Jednak pierwszy zachowany dowód istnienia tej organizacji to odpis statutu z ok. 1430 roku. Był on modyfikacją statutu gdańskich złotników (z 1409 i 1428 roku) i został wydany przez sam cech złotników. Dokument ten regulował wewnętrzne sprawy cechu. Pozostałe przepisy, dotyczące surowca czy znakowania wyrobów, ujęte były w krajowych ustawach, opierający się na uchwałach zjazdów stanowych. Jedną z takich uchwał, dotyczących złotników, podjęto podczas sejmiku stanowego w Malborku w 1395 roku: Po pierwsze, to co wykonują złotnicy, powinno być zaopatrzone w znaki mistrza. W przypadku innego oznaczenia wyrobu, wyrób taki powinien być odebrany rzemieślnikowi i przekazany na rzecz kościoła. 

Reliwiarz Krzyżacki 1388 rok, dzieło złotnika Wihellma
[obecnie w Muzeum Wojska Polskiego; zródło: www.muzeumwp.pl]

Drugi statut cechu złotników pochodzi już z czasów przynależności Elbląga do Rzeczpospolitej. Wydany został 29 lipca 1594 roku, tym razem przez burmistrza i Radę Miasta. Rada Miejska nadzorowała działalność cechów, zatwierdzała uchwalane przez nie statuty i wydawała regulacje, zwykle uzależnione od sytuacji politycznej i gospodarczej miasta. Drugi statut powielał wiele poprzednich przepisów, zaostrzał jednak wymogi dotyczące wyrobów i niewartościowej pracy. Zobowiązywał także złotników do przerabiania czystego surowca według starej próby oraz zwyczaju kraju i miast. Dokument ten obowiązywał w następnych stuleciach. Aktualizowano go aneksami, wydawanymi często na prośbę samego cechu. 

Nowa rzeczywistość

Kłopoty elbląskich złotników zaczęły się w drugiej połowie XVII wieku. Wieloletnie konflikty zbrojne Rzeczpospolitej, okupacja miasta przez  wojska szwedzkie i brandenburskie, klęski żywiołowe i epidemie, mocno osłabiły je gospodarczo. Ludność ubożała, wzrastały ceny podstawowych produktów. Niski popyt na wyroby złotnicze, wywołał ogólny kryzys w branży (z podobnymi problemami borykali się złotnicy gdańscy i toruńscy, malała liczba warsztatów). W tej sytuacji elbląscy złotnicy zaczęli zapisywać się do bogatego cechu browarników. Umożliwiał im to status cechu browarniczego z 1636 roku. Wprawdzie na jego mocy członkowie innych cechów nie mogli należeć do zrzeszenia browarników, jednak dla braci złotników uczyniono wyjątek. Mogli oni przynależeć do cechu, kontynuując jednocześnie działalność złotniczą.

W 1710 roku wszyscy złotnicy należeli już do cechu browarników. Do cechu złotniczego nie wpisano żadnego nowego ucznia, brakowało czeladników, przepisy cechowe browarników zakazywały złotnikom zatrudniać czeladników i uczniów. Tą niepokojącą sytuację burmistrz przedstawił Radzie Miejskiej 15 października 1710 roku. Wnioskował, aby przekonać browarników do zmiany przepisów. Bezskutecznie. Sytuacja nie poprawiła się, a spory zaostrzały. Browarnicy nakładali kary na złotników zatrudniających pomocników. 19 maja 1711 roku do Rady wpłynęła skarga złotnika Daniela Herrmanna. Cech browarników nakazał zwolnić mu czeladników, pod groźbą usunięcia z cechu, oraz ukarał grzywną wysokości 10 talarów. Na swoją obronę Herrmann przedstawił protokół Rady, wydany 30 stycznia 1711 roku, zezwalający mu na zatrudnianie pomocników. Po wielu takich sporach Rada uchwaliła prawo zezwalające złotnikom trzymania czeladników przez okres 6 tygodni.
Rozbiór Polski w 1772 roku przyniósł dla cechu złotników kolejne zmiany. Nowe władze wprowadziły własne porządki, na mocy ordynacji rzemieślniczej wydanej dla Prus Zachodnich 24 stycznia 1774 roku. Skorygowano wcześniejsze statuty, zreformowano egzaminy i sztukę mistrzowską. Zmiany sięgały jednak znacznie głębiej. Dotychczas funkcjonujący feudalny system cechowy zaczął się załamywać, zastępowany przez chałupnictwo i manufaktury. Liczba organizacji cechowych malała. Pokrewne rzemiosła coraz częściej łączyły się w duże cechy rzemieślnicze. Bogaci mistrzowie i kupcy powoli podporządkowywali sobie uboższych rzemieślników, tworząc przedsiębiorstwa wytwarzające na większy rynek. Zdarzało się organizowanie nakładów i manufaktur pod szyldem cechowej organizacji. W 1810 roku zniesiono obowiązek przynależności do cechu. 27 lipca 1826 roku magistrat wezwał cech do uregulowania spraw finansowych w związku z likwidacją jego działalności. Cech złotników rozwiązano oficjalnie dnia 24 marca 1827 roku.

Gdzie się podziały srebrne naczynia?

Burzliwe dzieje XVIII wieku nie były łaskawe dla wyrobów elbląskich złotników. Znaczną ich część przetopiono, by spłacić wojenne długi. W 1809 roku na spłatę kontrybucji wobec Rosji przetopiono elbląskie srebra o wartości 160 tysięcy talarów. W lutym tego samego roku, na mocy rozporządzenia wydanego w Królewcu, wprowadzono podatek od wyrobów złotniczych, w celu uzyskania pieniędzy na spłatę kontrybucji francuskich w wysokości 120 mln franków. Akcyza dotyczyła wszystkich mieszkańców Prus, posiadających przedmioty wykonane z metali szlachetnych. Należało je odsprzedać państwu lub odprowadzić od nich podatek wysokości 1/3 wartości przedmiotu wg wagi (3 srebrne grosze za 1 łut srebra). Opodatkowane naczynia stemplowano znakiem F.W. Wtedy też pojawił się na srebrnych wyrobach znak orła jako stempel opłaty skarbowej dla nowych lub sprzedawanych przedmiotów. Obowiązujący od nich podatek wynosił 1/4 wartości przedmiotu wg wagi. Od 10 września przepis ten dotyczył także przedmiotów kościelnych, które z tych opłat były dotychczas zwolnione.

Wiele dzieł, świadczących o wysokich umiejętnościach elbląskich złotników, zostało rozproszonych lub zaginęło. W 1773 roku w podziemiach miejskiego ratusza odnaleziono skrzynię z depozytem Zakonu Dominikanów, oddanym na przechowanie w niepewnych czasach reformacji. W jednej z nich znajdowały się srebrne naczynia liturgiczne należące do różnych bractw, odznaczające się ponoć bardzo wysokim poziomem wykonania. Zawartość obu skrzyń sprzedano. Ukryte srebra znaleziono także w 1752 roku w kościele św. Ducha. W czasie wymiany kościelnych ławek natrafiono w murze na szafę, w której znajdowały się srebra z elbląskich kościołów. Podobny schowek odkryto w kościele Trzech Króli. Dochodziło także do kradzieży. W 1782 roku z kościoła Bożego Ciała skradziono srebrne przedmioty o wartości 170 talarów.

Niewiele przykładów elbląskiej sztuki złotniczej przetrwało do naszych czasów. Do II wojny światowej w elbląskich kościołach, muzeum miejskim, w Bractwie św. Jerzego oraz w Kunstwerbungmuseum w Berlinie znajdowało się zaledwie 14 dzieł elbląskich złotników. Po ostatniej wojnie ocalał jedynie fragment krzyża relikwiarzowego, statua św. Jerzego oraz Skrzyżowane Klucze. 

niedziela, 19 czerwca 2016

O miłości na kaflach

Temat miłości jest zawsze aktualny i choć nasza wystawa o romansach "Między nami nic nie było...Miłość zmysłowa w czasach nowożytnych" została oficjalnie zakończona i prezentowane obiekty trafiły z powrotem do magazynów, w dalszym ciągu zasługują one na uwagę i kilka zdań. Zabytkami, które obrazowały relacje damsko - męskie były przede wszystkim kafle, pochodzące z przedwojennej kolekcji elbląskiego Muzeum, datowane głównie na XVIII i XIX wiek. Stały się one poniekąd punktem wyjścia do opowiedzenia o tym, jak wyglądała miłość w czasach nowożytnych, ale również, bazując na informacjach ze źródeł historycznych, mogliśmy spojrzeć na nią przez trochę inny pryzmat. 
Ogólnie rzecz biorąc, za źródło miłosnych uczuć uznawano serce, choć jeszcze w XVI wieku niektórzy, wzorem antycznych uczonych, skłonni byli lokować je w wątrobie. Szybsze bicie serca, jego poruszenie i drganie świadczyło o zakochaniu. Motyw ten powszechnie stosowany był w miłosnej korespondencji, odwoływano się do niego podczas zalotów, stosowano w mowie potocznej. Mężczyźni czule przemawiali i pukali do serc swoich wybranek. Ich serca mdlały, błądziły, topniały i wyskakiwały z piersi. Płonące zdobiły pierścienie darowane wielbicielom.
Szczególną rolę odgrywały oczy. To przez nie, jak przekonywał Guliano de'Medici, duchy miłości dostawały się do środka człowieka i mieszając się z jego krwią zarażały serce uczuciem. Powszechnie przypisywano miłosnym spojrzeniom magiczną moc, mogącą zaraźliwie oddziaływać na obiekt uczuć. Franciszek Karpiński w Mazurku mówił do dziewczyny wzięłaś mi sen cały oczu swych czarami.
Na kaflach wyglądało to trochę inaczej - miłość ukazywana była przede wszystkim jako scena zalotów rozgrywająca się pomiędzy parą, "przyłapaną" w uścisku lub trzymającą się nieśmiało za ręce; czasem był to mężczyzna klęczący u stóp ukochanej, trzymającej kosz z kwiatami lub owocami, klatkę z ptakiem, instrument muzyczny, róg obfitości czyli przedmioty będące symbolami miłości.
Poniżej przedstawiam tylko niewielką część naszego zbioru oraz pokrótce opisuję najczęściej pojawiające się atrybuty par zakochanych. Jak zapewne wszystkim wiadomo, temat miłości jest tak rozległy, że trudno to będzie zmieścić w jednym poście ;)

fot. A. Grzelak

Kwiaty
Od starożytności miłość uosabiały kwiaty. Pośród nich królowała róża jako wyraz uczuć. Wedle mitu (lub jezuity, Macieja Sarbiewskiego, który ten mit przytaczał) róża powstała z krwi Wenus rozlanej na cierniach, albowiem po miłości rumieniec wstydu występuje późno, lecz musi wystąpić. Wdzięcznym kwiatem różanym określano intymne części kobiecego ciała, a różane krzewy, podobnie jak storczyki, symbolizowały zmysłową miłość. Ważne miejsce w symbolice zajmował wianek, oznaczający panieństwo, wity z kwiatów i ziół: ruty, róży i lawendy. Miłość żeńską oznaczała ruta i lilia, odpowiednikiem męskim był jałowiec i chmiel, natomiast ogólnie kwiaty symbolizowały znikomość rzeczy, wiosnę i urodę.
Ptaki
Swoje miejsce w miłosnej symbolice znalazły także ptaki. Szczególnie upodobano sobie gołębie i łabędzie, w mitologii poświęcone bogini miłości. Łabędź był symbolem miłości średniowiecznego rycerstwa. Do Polski sprowadził je Zygmunt August, jako prezent dla ukochanej Barbary.
Ptaki często oznaczały pragnienia miłosne, mogły być również przemienionymi kochankami.

fot. A. Grzelak

Róg obfitości
Według mitycznego przekazu, był nim róg kozy Amaltei, która wykarmiła Jowisza. Rogi ogólnie oznaczały siłę oraz macierzyństwo (koza jako matka), a sama forma rogu - zewnętrznie falliczna, a wewnętrznie pusta, oznacza symbol płodności.

fot. J.F.


Tego wszystkiego na kaflach nie zobaczymy, jednak oprócz symboli związanych z miłością romantyczną, pojawiały się również symbole seksualne. Do męskich zaliczano symbole falliczne, czyli podłużne przedmioty: pika, dyszel, gwóźdź, szabla, pióro, walec, kiełbaska, żołądź, a także chmiel, uosabiający siłę męską, płciową i rozrodczą. Symbolami kobiecymi były natomiast przedmioty okrągłe, brylaste i miękkie: pierścień, wianek, rynienka, kądziołka (pęk lnu/konopii), skrzynia malowana, ksieniec (wnętrzności rybie)...Różne symbole dotyczyły też samego aktu płciowego, np. jeleń pijący wodę, dziewczyna pojąca konia, koszenie łąki, mężczyzna zrywający jabłko, kochankowie zrywający wiśnie, dziewczyny zbierające żołędzie lub grzyby...

fot. A. Grzelak










poniedziałek, 30 maja 2016

Zabawki a źródła pisane. Część 1.

Odkryte w trakcie wieloletnich badań wykopaliskowych w Elblągu artefakty związane z dziećmi – zabawki, akcesoria do różnego rodzaju gier były już tematem kilku postów naszym blogu. Nie był jak dotychczas poruszany temat identyfikacji majątkowej właścicieli parcel, na których zostały odkryte przedmioty identyfikowane jako zabawki. Do przeprowadzenia takiej identyfikacji niezbędne są odpowiednie opracowania, a ich zakres i szczegółowość są ograniczone zasobami archiwalnymi.
W przypadku Starego Miasta Elbląga z jednej strony dysponujemy odpowiednimi opracowaniami, m.in. wydaną w formie książkowej socjotopografią miasta w okresie średniowiecza, autorstwa Romana Czaji (R. Czaja, Socjotopografia miasta Elbląga w średniowieczu, Toruń 1992). W archiwum Muzeum Archeologiczno-Historycznego znajduje się również kartoteka działek staromiejskich opracowana na początku lat 80. XX wieku przez zespół historyków pod kierunkiem prof. Antoniego Czacharowskiego. Obejmuje ona okres od XV do XIX wieku i powstała na podstawie zachowanych źródeł archiwalnych. Ponadto jako materiał uzupełniający te dane archiwalne należy traktować spisy czyli inwentarze rzeczy po zmarłych mieszkańcach miasta opracowane dla XVII wieku przez Amdrzeja Klondera (A. Klonder, Wszystka spuścizna w Bogu spoczywającego. Majątek ruchomy zwykłych mieszkańców Elbląga i Gdańska w XVII wieku, Warszawa 2000). Z drugiej strony należy zdać sobie również sprawę z szeregu ich niedoskonałości i ograniczonej użyteczności zarówno źródeł archiwalnych, ale także archeologicznych.
Podstawowym problem jest niepełny stan wszystkich danych archiwalnych. Informacje majątkowe i katastralne właścicieli poszczególnych parcel miejskich są zachowane w ograniczonym zakresie. W przypadku Elbląga możliwe jest prześledzenie zmian własnościowych dopiero od około połowy XV wieku, wcześniejsze dane nie zachowały się. Również późniejsze są często pełne przysłowiowych „białych plam”, co w oczywisty sposób utrudnia pełne prześledzenie wszystkich właścicieli parcel i ich statusu majątkowego. Inny problem spotykany jest podczas analizy socjotopografii najzamożniejszej grupy mieszczan elbląskich, którzy byli właścicielami więcej niż jednej kamienicy. W ich przypadku nie zawsze możemy stwierdzić, w której z posiadanych kamienic mieszkali ci najzamożniejsi przedstawiciele mieszczaństwa elbląskiego.
            Również niezwykle cenne inwentarze pośmiertne nie są pozbawione braków, niezwykle dotkliwych dla badających poziom życia i zamożności dawnych mieszkańców miast, szczególnie, gdy tak jak w przypadku m.in. Elbląga, dysponujemy przedmiotami codziennego użytku odkrytymi w trakcie badań wykopaliskowych. Jak pisze Andrzej Klonder, w inwentarzach brakuje jednak nie tylko wiadomości o przedmiotach lub całych ich kategoriach, których posiadania należałoby się spodziewać. Liczne nie informują też w wartości odnotowanych ruchomości. Co ciekawe, przy pomijaniu całych grup przedmiotów często i z dużą dokładnością, niekiedy wręcz pieczołowitością odnotywane są w zachowanych spisach rzeczy stare, w kiepskim stanie, połamane, podarte, stłuczone.
Rzeczy dziecięce pojawiają się w spisach pośmiertnych bardzo rzadko. Wśród opracowanych przez Andrzeja Klondera spisów XVII-wiecznych mieszkańców Gdańska i Elbląga zaledwie co piąty informuje o rzeczach przeznaczonych specjalnie dla dzieci. Są to najczęściej jak w przypadku Holstenów, zamożnych kramarzy elbląskich, kołyska razem z przedmiotami wyplatanymi. Z kolei dębową (zapewne droższą) kołyskę miał w 1673 roku elbląski nożownik Jakob Friese. Wśród różnych rzeczy po elbląskim piekarzu Heinrichu Dröllu, ojcu trzech dziewczynek i dwóch chłopców, zapisano w 1681 roku, że wśród dwudziestu sztuk różnej pościeli były również trzy poduszki dla dzieci. Na tym tle zupełnie wyjątkowo wygląda spis pośmiertny po zmarłym w 1696 roku mieszkańcu Gdańska Jacobie Steffenie. Był on z zawodu tokarzem, a wśród 150 różnych, niezbyt wartościowych przedmiotów, odnotowano blisko setkę zabawek dla dziewcząt i chłopców. Były wśród nich m.in. 30 gotowych lalek i jeden stateczek oraz zabawki niewykończone: 28 lalek, 16 pikinierów, 12 koni, 8 dziecięcych powozików i 4 stateczki. Te ostatnie z uwagą, że powinny jeszcze trafić do malarza. Można z tego wnioskować, że ten ubogi tokarz (wynajmował on mieszkanie u szewca Nathana Rutha) specjalizował się w wytwarzaniu dziecięcych zabawek. Zabawki odnajdujemy jeszcze w spisach pośmiertnych elbląskiego bardzo zamożnego browarnika elbląskiego Hansa Nogge (małe sanki), kupca Johanna Remmersona (wózeczek z lalką).

W kolejnych postach postaram się przedstawić próby identyfikacji majątkowej na podstawie kilku kategorii przedmiotów określonych jako zabawki.

Źródło: Archiwum MAH

piątek, 6 maja 2016

Być jak Benvenuto Cellini - codzienność elbląskiego złotnika

Pomyślne zdanie egzaminu mistrzowskiego czyniło z czeladnika pełnoprawnego, samodzielnego mistrza. Jeśli posiadał odpowiednie fundusze, mógł otworzyć pracownię. Złotnictwo było niezwykle intratnym zawodem. W średniowieczu złotnicy należeli do najbogatszych rzemieślników w mieście*. Równie zamożni byli ich klienci: bogaci kupcy, rzemieślnicy, przedstawiciele władz miejskich i kościelnych. Liczba klientów, pożądających wyjątkowych i luksusowych przedmiotów, rosła wraz z rozwojem gospodarczym miasta.

Petrus Christus The Goldsmith 1449 rok, Metropolitan Museum of Art [źródło: metmuseum.org]



Przynależność do cechu wpływała bezpośrednio na życie członków tej organizacji. Mistrz był moralnie zobowiązany do zawarcia związku małżeńskiego. Mało tego - reputacja kobiety, którą wybrał na żonę, musiała być nieskalana. W przeciwnym wypadku groziło mistrzowi wykluczenie z cechu. Nienaganne zachowanie dotyczyło także jego uczniów i czeladników. Przepisy te figurowały we wszystkich statutach złotniczych w Polsce. Poza tym jedynie żonaty mistrz mógł przyjmować uczniów i czeladników. Przydzielali ich starsi cechu. W każdym warsztacie razem z mistrzem mogło pracować maksymalnie pięć osób, nie wliczając w to syna mistrza. 

Nowe obowiązki

Pod czujnym okiem mistrza, uczniowie i czeladnicy, uczyli się i pracowali na jego rachunek. Złotnikowi zaś przybywało obowiązków związanych z funkcjonowaniem cechu. Tuż po wyzwolinach młody mistrz zasilał szeregi tzw. braci młodszych. Do jego obowiązków należało pomaganie starszym mistrzom cechowym m.in. organizowanie zebrań, zapisywanie spóźnionych, opieka nad sprzętem cechowym i kaplicą złotników w Kościele Św. Mikołaja.

Pieczęć elbląskiego cechu złotników XVII, Muzeum im. J. Dunin - Borkowskiego w Krośniewicach
 [źródło: KWM nr 1, 1981]


Złotnik mógł awansować do grona starszych mistrzów. Do tego gremium zaliczano złotników, którzy piastowali już urząd starszego cechu. Stanowisko to było obsadzane na okres dwóch lat, a kandydata zatwierdzała Rada Miejska. Starszy cechu reprezentował interesy bractwa. Trzymał pieczę nad skrzynią cechową, zawierającą dokumenty, pieczęć i pieniądze cechu. W jego domu odbywały się zgromadzenia mistrzów. Na koniec kadencji musiał rozliczyć się ze swojej działalności finansowej i przekazać majątek cechu następcy.

Morgensprache

Władzę nad całą organizacją sprawowało zgromadzenie wszystkich mistrzów. Jeśli mistrz chciał zwołać cech musiał wpłacić 10 szylingów do cechowej kasy. O terminie zebrań zawiadamiano poprzez obesłania pośród nich pierścienia cechowego. Był to duży sygnet z brązu. Głowicę pierścienia najczęściej zdobiono sceną przedstawiającą świętego Eligiusza w pracowni złotniczej. Tak właśnie wygląda zachowana cecha krakowskich złotników. Niestety podczas badań archeologicznych nie natrafiono na podobny przedmiot należący do elbląskiego cechu.

Cecha złotników krakowskich 1614 rok, MHMK [źródło: http://www.lokacjakrakow.tron.pl]
Obecność na zebraniach była obowiązkowa. Statuty przewidywały kary za spóźnienia i opuszczanie obrad. W XV wieku karano grzywną wysokości 1 dobrego szylinga. Sto lat później przepisy te zaostrzono: mistrz miał 15 minut aby stawić się na zebraniu, spóźnienie kosztowało go 10 złotych, a nieobecność karano 1 funtem wosku.

Zgromadzenia odbywały się w godzinach porannych, zwykle przed południem, dlatego nazywano je Morgensprache (niem. poranna rozmowa). Podczas zebrań rozstrzygano wszelkie sprawy dotyczące cechu: uchwalano nowe prawa, rejestrowano uczniów i czeladników, przyjmowano nowych mistrzów, pobierano składki i ściągano długi. Tutaj rozstrzygano spory pomiędzy mistrzami, rozpatrywano skargi klientów i czeladników oraz sądzono członków cechu, którzy nie przestrzegali przepisów. O tym, że zgromadzenia nie zawsze przebiegały w atmosferze wzajemnego szacunku i zrozumienia świadczą przepisy porządkowe i kary przewidywane za zakłócanie obrad. Używanie obraźliwych słów wobec innych członków karano 2 funtami wosku. Sprzeciwienie się starszemu cechu - 4 funtami wosku. Taka sama kara groziła starszemu mistrzowi, jeśli odnosił się źle do złotnika.


Kontrola warsztatów

Duża wagę przywiązywano do jakości wykonywanego rzemiosła. Przepisy ściśle określały ilość czystego kruszcu w stopie z jakiego wykonywano przedmioty. Od 1594 roku złotnicy mieli też obowiązek stemplowania własną sygnaturą wszystkich wyrobów o wadze powyżej 1 skojca. Statuty zobowiązywały starszych cechu do częstych kontroli warsztatów i oceny ich wyrobów. Od 1647 roku wizytujący mistrz, na potwierdzenie prawidłowości próby przedmiotu, przybijał znak miasta obok sygnatury złotnika.

Kontrola warsztatów była niezbędna przy tak kosztownym surowcu, jakiego używali złotnicy. Konieczność stapiania złota i srebra w stop z domieszką mniej szlachetnych metali, dawała sposobność do oszustw i manipulacji. Zwykle uchybienia w rzemiośle karano od sztuki 4 funtami specjalnego wosku. Przy poważniejszych przewinieniach stosowano surowsze kary. Złotnicy przyłapani na wytwarzaniu przedmiotów o zaniżonej wartości kruszcu stawali przed cechowym sądem. Karę ustalało zgromadzenie, a jej wysokość zależała od skali przewinienia. Jeżeli sytuacja powtórzyła się, karę podwajano. Złotnik, przyłapany trzykrotnie na tym procederze, zmuszony był zamknąć sklep. Statuty przewidywały surowe kary dla złotników farbujących swoje wyroby, aby uzyskać kolor imitujący większą zawartość kruszcu. Mistrzowie, którym udowodniono stapianie białej miedzi ze srebrem, tracili prawo do wykonywania zawodu. Złotnicy nie mogli wykonywać niczego z miedzi i mosiądzu, pozłacać monet, mosiężnych pierścieni i łańcuchów. Kara grzywny groziła także za wykonanie pieczęci z dostarczonego woskowego odcisku. Jeśli złotnik wiedział, że pieczęć ta nie była własnością danej osoby, a mimo to ukryłby ją, miał być pozbawiony rzemiosła.

Życie towarzyskie

Obowiązki obejmowały także życie towarzyskie. Wspólnie celebrowano uroczystości kościelne, święta cechowe, śluby i pogrzeby. Uchylanie się od nabożeństw podlegało karze (w Gdańsku była to grzywna wysokości 1/2 funta wosku lub jego równowartość). Przymusowy był też udział w procesjach. Wymigiwanie się od tej powinności kosztowało mistrza 2 funty wosku. Cechowym uroczystościom, zebraniom czy świętom kościelnym towarzyszyły zwykle wspólne biesiady. Spotkania obfitowały w jedzenie i alkohol, z czasem stawały się coraz wystawniejsze. W 1702 roku na same trunki cech elbląski wydał 54 floreny. Koszty wyzwolin na czeladnika lub mistrza kandydaci pokrywali z własnych kieszeni. Przy innych okazjach bankiet fundowano z kasy cechu, notując wydatki w księgach rachunkowych. Świętem wszystkich złotników był 1 grudnia, dzień św. Eligiusza, ustawowo wolny od pracy. Praca tego dnia była zabroniona pod karą 2 funtów wosku.

Po śmierci mistrza warsztat zwykle przejmował jego syn. W przypadku braku spadkobiercy żona złotnika mogła zatrzymać i nadal prowadzić warsztat tylko przez rok i jeden dzień. W XVII wieku, po upływie tego czasu, pozwalano wdowie zdecydować o dalszej przynależności do cechu. Jeżeli wyraziła taką wolę, musiała przyrzec, że trzymać będzie jedynie uczciwych czeladników, nie będzie przyjmować nowych uczniów i co roku będzie zgłaszać się do cechu.

Saliera autorstwa Benvenuty Celliniego 1540-1543 Kunsthistorische Museum in Wien
[źródło: wikipedia.pl]
Być może żaden z elbląskich złotników nie zyskał sławy tej rangi co Benvenuto Cellini. Niewielu zresztą mogło mierzyć się z jego talentem. Trudno też o lepsze miejsce do rozwoju kariery niż Włochy epoki renesansu. Gdy Benvenuto tworzył swoje misterne dzieła, w Polsce wciąż dominował styl charakterystyczny dla późnego gotyku. Nie znaczy to, że w Elblągu brakowało zdolnych złotników.  Przeciwnie, miasto od średniowiecza było silnym ośrodkiem złotniczego rzemiosła, o czym świadczy wczesne założenie własnej organizacji (1385 rok). Na wysoki poziom wytwórczości wpływała także bardzo silna konkurencja ze strony gdańskich złotników, bliskość głównej siedziby Zakonu Krzyżackiego oraz coraz bogatsi (a zatem bardziej wymagający) mieszkańcy miasta.

Znacznym zleceniodawcą był Zakon Krzyżacki, najzdolniejsi otrzymywali zlecenia od samego Wielkiego Mistrza. W zachowanej księdze malborskiego skarbca z lat 1399-1409 wielokrotnie występuje złotnik elbląski imieniem Wilhelm tudzież Willam. Spod jego rąk wyszło wiele przedmiotów zamówionych przez Wielkiego Mistrza m.in. paciorki do jego osobistego różańca, Relikwiarz (mający przynieść Zakonowi szczęście pod Grunwaldem) oraz pozłacane naczynia do picia, podarowane później książętom litewskim - Witoldowi i Zygmuntowi.

W 2. połowie XV wieku dwóch elbląskich złotników, niejaki Mikołaj (nieznany z nazwiska) oraz Grzegorz Newhoff, zostało przyjętych do zaszczytnego grona krakowskich mistrzów, co także przemawia za ich wysokimi umiejętnościami.


Dzban komunijny, srebrno pozłacane, Elbląg 1682 rok  [źródło: archiwum MAH]
Nie znamy zbyt wielu elbląskich mistrzów z imienia i nazwiska. W XVI wieku byli to Bastian Heine (autor pucharu cechu kramarzy) oraz Balcer Ninneffenig (relief przedstawiający św. Marcina dzielącego się swym płaszczem z żebrakiem). Czołowym mistrzem z końca XVII wieku był Daniel Stahlenbrecher (puchar z pokrywą z figurą wojownika), natomiast w XVIII Jakub Zayum.


*w Toruniu dodatkowo zarabiali na obrocie nieruchomościami i lichwie (wg T. Jasiński Rozwój złotnictwa toruńskiego do końca XV w.  AUNC XI z. 74 1977);

Bibliografia:

K. Szczepkowska-Naliwajek Złotnictwo Gotyckie 
K. Wanta Elbląski cech złotników od drugiej połowy XIV wieku do początku XIX  w.
B. Niemcewicz-Ledwoń Złotnictwo i konwisarstwo elbląskie od XVII do XIX w.
L.J. Kościelak Trzy cechowe tłoki pieczętne z Elbląga 

wtorek, 29 marca 2016

Ocalić od zapomnienia - o elbląskich piecach kaflowych ciąg dalszy...

Na jesieni ubiegłego roku ogłosiliśmy muzealną akcję związaną z dokumentowaniem zabytkowych pieców, znajdujących się w elbląskich mieszkaniach i domach. Informacje udostępnialiśmy na naszej stronie internetowej, na Facebook'u oraz za pośrednictwem radia, telewizji i lokalnych gazet, mając nadzieję, że nasz "apel" dotrze do jak największej liczby odbiorców.

Cała akcja miała i nadal ma na celu, tak naprawdę, tylko jedno: ocalić od zapomnienia zabytkowe piece, a najlepszym sposobem, zaraz po kolekcjonowaniu, jest sporządzanie dokumentacji fotograficznej i opisów danych obiektów, czyli ich inwentaryzacja. Biorąc pod uwagę fakt, że poszukiwane przez nas piece znajdują się w swoim naturalnym otoczeniu, w żadnym wypadku nie zależy nam na tym, aby je stamtąd usuwać. Piec dawniej był sercem konkretnego pomieszczenia, często dopasowany kolorystyką i stylem, jednocześnie zdobił wnętrze i chronił mieszkańców przed zimnem. Taki właśnie kontekst chcielibyśmy utrwalić, fotografując piec tam, gdzie stoi. Z historycznego punktu widzenia, a być może też z powodów sentymentalnych, ważne jest dla nas, aby ukazać, jak zmieniały się przez tych kilkaset lat kształty i dekoracje pieców. Warto byłoby zatem zanotować, jakie formy pieców dotrwały do czasów nam współczesnych.

Będąc inicjatorką tej akcji, czuję się zobowiązana, aby zdać relację z jej przebiegu.
W ciągu kilku miesięcy na akcję odpowiedziało kilkanaście osób. Do tej pory otrzymuję maile i telefony od osób, do których na różne sposoby dociera nasz apel. Otrzymałam telefony bezpośrednio do Muzeum, ale również część kontaktów uzyskałam mniej formalnie, co w praktyce okazuje się znacznie lepszą metodą. Wiele zdjęć otrzymałam od Weroniki Wojnowskiej i Jagody Semków, które, organizując taką akcję we Fromborku, przy okazji zrobiły zdjęcia piecom w Elblągu i jednocześnie zainspirowały mnie do działań w moim mieście i okolicach. 
Dzięki pracownikom Zarządu Budynków Komunalnych udało mi się dotrzeć do mieszkania, w którym znajduje się jeden z piękniejszych i najstarszych pieców, najprawdopodobniej z wytwórni berlińskiej, które do tej pory udało mi się udokumentować. Dostałam również kilka maili z załączonymi zdjęciami, zazwyczaj są to zdjęcia prostych pieców, bez elementów dekoracyjnych, jednak uważam, że tego typu obiekty również warto sfotografować ze względu na kolorystykę kafli i pojawiające się od czasu do czasu wzory.

Mam świadomość, że elbląskie mieszkania kryją jeszcze wiele ciekawych pieców, jednak możliwość ich obejrzenia jest mocno ograniczona. Wydaje mi się, że głównym powodem jest obawa właścicieli, że działając z ramienia Muzeum, mogę taki piec odebrać ze względu na jego wartość historyczną. Absolutnie nie mam takiego zamiaru i podkreślam, że dla mnie bardzo ważne jest, aby piec pozostał tam, gdzie go postawiono. W przypadku, gdyby się okazało, że obiekt ma być rozebrany, a miałby rzeczywiście elementy warte zachowania, dopiero wtedy moglibyśmy zastanowić się i spróbować je ocalić. Dlatego też, poprzez tę akcję, chciałabym zwrócić uwagę mieszkańców na zabytkowe piece i zachęcić do wspólnego działania.

Moje działania nadal trwają, planuję w dalszym ciągu przypominać o piecach i ich szukać i będę bardzo wdzięczna za kolejne informacje lub zdjęcia pieców.

Poniżej prezentuję kilka zdjęć, które dotychczas otrzymałam lub udało mi się zrobić. Wszystkie piece, oprócz ostatniego, znajdują się w Elblągu, w mieszkaniach/domach m.in. przy ulicy: Fabrycznej, Traugutta, Grunwaldzkiej, Stoczniowej. Datuje się je na początek i lata międzywojenne ubiegłego stulecia.  Jak sami widzicie, jest szansa, że w Elblągu może być więcej takich obiektów.









Jeszcze raz dziękuję serdecznie wszystkim, którzy pomogli i nadal pomagają mi w poszukiwaniach. To dopiero początek i liczę na to, że otrzymam kolejne sygnały od osób, które posiadają piece kaflowe, bądź po prostu wiedzą, gdzie takie piece się znajdują.
Kontakt: j.fonferek@muzeum.elblag.pl, telefon: 55 232 72 73.